Witam!.
Dzisiaj mogę śmiało stwierdzić, że kulkawsrodku osiedliła się już na swoim nowym miejscu :)Portal z którego teraz będę korzystał oferuje znacznie większe możliwośći, działa szybciej, sprawniej itp.
Dlatego od dziś zapraszam wszystkich Was pod nowy adres:
http://www.kulkawsrodku.comxa.com
Pozdrawia, i do miłego!:)
Od dłuższego czasu planowałem przenieść "kulkę w środku" na jakąś inną platfomrę, która umożliwiałaby mi większą swobodę w dalszym prowadzeniu strony. Wielu doradzało mi Wordpress.com. Jakiś tydzień temu założyłem tam bloga (www.kulkawsrodku.wordpress.com), ale w nim strasznie namieszałem i stwiedziłem, że go usunę, a potem założę nowy o tej samej nazwię. O ile usunięcie przebiegło sprawnie, tak próba ponownego postawienia bloga już nie.. Cały czas, za którym razem bym nie próbował - wyświetla mi się komunikat, że nazwa kulkawsrodku jest już zajęta :|. Nie wiem jak sobie z tym poradzić. Podczas usuwania zrobiłem wszystko o co mnie proszono w mailach i podpowiedziach na stronie, a i tak dalej ten blog jest. Wie ktoś może z Was jak to rozwiązać??. Z góry dziękuje za jakiekolwiek porady!.
A jeśli chodzi o te moje pierwsze kroki w modelarstwie, to już je poczyniłem:). Buduje model TOTO-0 (strona autora: www.motylasty.pl)
Przebieg budowy możecie śledzić tutaj: http://pfmrc.eu/viewtopic.php?t=27295&start=0
A jak uporam się z Wordpressem, to będę o tym pisał i na moim blogu ;)
Pozdrawiam!.
skomentuj (0)
Nie potrafie jeszcze powiedzieć, że to moja ostateczna decyzja, ale napewno jest to bardzo możliwe: planuje w tym sezonie zrobić sobie przerwę z dalszym szkoleniem szybowcowym. Pierwszym i tym głównym powodem, jest moje zdrowie, a w zasadzie (poki co) jego brak do dalszego latania. Wiem, że musze przejść dodatkowe badania, po których będę wiedział, czy moge czy nie.
Ale... ;) żeby nie pozostać całkiem "bez skrzydeł" w tym sezonie, jakiś czas temu zacząłem się interesować modelarstwem. Oczywiście tym lotniczym. Zdaje sobie z tego sprawę, że to też nie jest zbyt tanie hobby, ale mimo to chcę spróbować
Już od dawna strasznie chciałem mieć jakiś swój model latający, dlatego od 2 tygodni jestem posiadaczem tego oto coptera:
V-max Hyper Sonic
Tak naprawdę tego "modelem" raczej nie można nazwać, ze względu na wyposażenie jakie on w sobie ma (już musiałem zamówić nowe przeciwwagi po bliskim spotkaniu z szafą), i to co można z nim robić, ale jak napoczątek daje dużo zabawy z latania po pokoju.
W niedalekiej przyszłości rozważam zakup czegoś bardziej przypominającego model. (motoszybowca). Jako że środki finansowe są mocno ograniczone zastanawiam się nad Thunderbird Glider-em.
Ale o tym będę jeszcze pisał!;)
Pozdrawiam!.
skomentuj (2)
Tak, to prawda: Wszędzie jest "w miarę" dobrze, ale w domu najlepiej. Wczoraj, po ponad dwu tygodniowym pobycie w rzeszowskim szpitalu na oddziale Chirurgii Klatki Piersiowej dostałem do ręki wypis, potwierdzający, że na ten dzień, choroba została pokonana. Tak właśnie przewidywałem, że będzie to albo poniedziałek, albo wtorek. No ale teraz spróbuje Wam opowiedzieć, jak to tam wszystko się toczyło od pierwszych chwil.
W pewną zimową sobotę postanowiłem, że po próbie zespołu (koło godziny 19) pojadę z tatą do lekarza, bo znowu gdzieś w południe zaczęło mnie dziwnie kłuć w lewym boku, po czym robiło mi się słabo, i bardzo szybko się męczyłem. Taki stan utrzymywał przez jakąś godzinę i potem przechodził jak gdyby nigdy nic. Dlatego po próbie zapakowałem się z klawiszami w auto i pojechaliśmy na pogotowie. Na miejscu opowiedziałem lekarzowi co mi jest, gdzie mnie boli, jaki to ból itp. itd. Wiadomo, pierwsze co robią, to biorą słuchawki i słuchają;) taka o prosta czynność. Tylko, że u mnie nie było to proste... Zaczął od prawej strony i dosłownie wymacał mnie tą przystawką po całym tułowiu, potem lewa strona i to samo. Zrobił się trochę nerwowy, a ja nie wiedziałem o co chodzi. Dostałem do ręki skierowanie na prześwietlenie z nakazem natychmiastowego przyjścia ze zdjęciem. Więc tak zrobiłem. Po około 20 minutach wróciłem do lekarza, dałem mu to zdjęcie, chwilę się mu przyglądał, przybliżał się i oddalał. Potem zawołał jeszcze jednego lekarza, a ten następnego. Wszyscy lekko zaniemówili, ale myśle sobie co tam, przecież czuje się dobrze. Po pewnym czasie, nieśmiało i z pewnym problemem wydusili z siebie, że to jest najprawdopodobniej odma płucna, i że musze niestety jechać na parę dni do Rzeszowa. Ja tak na dobrą sprawę wcześniej o tym nie słyszałem, a przynajmniej, nie kojarzyłem skutków z tą nazwą. Nie minął długi okres czasu a już pędziłem w karetce na sygnałach w stronę "rycerskiej". Na miejscu zabrali mi wszystkie osobiste rzeczy (na szczęście wieźli mnie koledzy z pracy mojego taty, więc mogłem im oddać spokojnie telefon portfel i coś tam jeszcze). Na salę nr.5 wieźli mnie tak szybko, że naprawdę jeszcze parę dni później nadal nie wiedziałem, w którą stronę jest wyjście. Zsiadłem z wózka, ułożyłem się na łóżko w pozycji półleżącej (jak w szybowcu:D) iiii wtedy zaczęła się jazda. Postanowiłem, że nie będę Wam dokładnie opisywał tego zabiegu "montażu" drenów w jamie opłucnej, bo to nie jest ani miłe, a ni przyjemne, nawet czytając. Gdy już prawa strona była ok, doktor pocieszył mnie, że musze jeszcze przejść to samo, tyle że z lewej. Błagałem go dosłownie, żeby poczekał jeszcze chwile, niech odpocznę od tego, ale on stanowczo nalegał, że nie mam na to czasu. I od razu przystąpił do swojego obowiązku. Po zamontowaniu tych dwóch rur w moim ciele, siedziałem z rękami opartymi o podparcie nieruchomo jeszcze przez godzinę, byłem w totalnym szoku, nie wiedziałem, czy płakać, czy się cieszyć, że jestem już bezpieczny. Zdjęcia rur w ciele Wam nie pokażę, ale pokaże butelki, które mi towarzyszyły przez najbliższe 2 tyg.:
Drenaż
Te akurat stały po mojej prawej stronie, po lewej był drugi taki sam zestaw. Tak więc jeśli chciałem gdziekolwiek się ruszyć z łóżka to musiałem odłączyć jedną od drugiej odpinając ten krótki wężyk, który je łączy. Potem do jednej ręki z jednej strony brałem tą "bardziej kolorową" zabarwioną od krwi, a z drugiej strony druga. I tak z dwoma zajętymi rękoma mogłem sobie spacerować. Teraz pomyślcie, co robić podczas upadku.. Na szczęście takiej sytuacji nie miałem. Potem gdy wracałem na sale to znowu musiałem jedną podłączyć do drugiej, żeby zaczęły działać. Ta butla która zostawała na sali działa jak zasysacz, Ona natomiast jest podłączona do gniazda próżni, który znajdował się za moją głową. Oczywiście to nie jest sprzęt bezgłośny:D, cały czas, przez niemal 24 godziny na dobę wydawały odgłos podobny doo.. gotującego się garczka wody (tyle że dwa razy głośniej). Przemnóżcie sobie to przez 4 pacjentów, którzy mieli to samo na sali... wynik: super symfonia bulgającej wody destylowanej.... Samo uwolnienie się od części aparatury nie było problemem, natomiast droga, jaką musiałem pokonać z jednego końca korytarza na drugi, żeby dostać się do łazienki - przekraczała niekiedy moje możliwości. To było coś gorszego, niż pielgrzymka na kolanach do Częstochowej.. dosłownie tragedia, jak z każdym krokiem dreny siedzące we mnie zadawały mi bół co raz to z innej strony... Co 3 godziny dostawałem kroplówki przeciwbólowe. Raz w plastikowej, a raz w szklanej butelcje, do tego jakieś antybiotyki w tabletkach i inne cukiereczki.
Niedziela, czyli następny dzień przebiegł bez jakiś większych atrakcji. Dowiedziałem się wtedy, że będę operowany we wtorek. Dokładnie jeszcze nie wiedziałem na czym ta operacja ma polegać.
Z wtorku pamiętam nie wiele, trochę z rana i z po południu zaraz po wybudzeniu się. Rano czułem się bardzo kiepsko, w łazience omal nie straciłem przytomności, tak mi było słabo, a musiałem się trochę odświeżyć przed dwu godzinnym zabiegiem. Na blog operacyjny pojechałem na wózku. Po ułożeniu się na stole .. film się urywa. Jak się wybudziłem stała koło mnie moja dziewczyna Aneta trzymając mnie za rękę. Przez pewien czas zaraz po wybudzeniu ból był tak silny, że nie wiedziałem co mówie. Wiem, że potem odwiedził mnie mój tata, kuzynka i ktoś jeszcze, ale nie pamiętam w jakich porach. Następnego dnia w środę przewieźli mnie z powrotem na moją salę, gdzie przywitali mnie nowi pacjęci, z którymi miałem potem lepszy kontakt niż przedtem;). Byli to starsi ludzie, ale bardzo pozytywnie nastawieni do życia i pełni motywacji, żeby sobie z tą chorobą poradzić. To dodawało mi wielkiej otuchy, żeby się nie poddawać. W następnych dniach było coraz lepiej i lepiej, chociaż ta poprawa przychodziła bardzo powoli. Po drodze jeszcze sporo się wycierpiałem. I znowu w niedzielę, przyszedł do mnie lekarz, który powiedział, że następny zabieg czeka mnie we wtorek. Czyli tydzień po pierwszym. Akurat, gdy już trochę wydobrzeje, poprawi mi się samopoczucie, apetyt - zdołują mnie jeszcze raz tą samą zabawą... Acha... Właśnie w niedzielę, zostałem uwolniony od jednego drenu (z prawej strony). Wtedy dopiero zachciało mi się żyć;). Cały czas, od tej pierwszej operacji żyłem nadzieją, że ta druga będzie znacznie lżejsza, bo przecież lewe płuco było w dużo lepszym stanie niż prawe. Jak się potem okazało, srogo się myliłem. Już samo położenie się na stół operacyjny we wtorek sprawiło mi nie małą jazdę. Rana w zasadzie jeszcze była świeża po pierwszej operacji, i gdy musiałem się położyć na zupełnie płaskim stole, czułem jak dosłownie rozrywa mi się coś z prawej strony w klatce piersiowej, straszne uczucie, ale musiałem to zrobić, bo przecież na stojąco nie będą mnie kroić. Tak jak pisałem, tydzień temu we wtorek obudziłem się z silnym bólem. Ale to co obudziło mnie w ten wtorek, było nie do opisania.. Znowu pierwsza odwiedziła mnie moja dziewczyna. Wtedy miałem takie odpływy, że dosłownie krzyczałem, żeby puściła moją rękę, bo mnie boli. Nie miła atmosfera się wtedy tam zrobiła, której ja nie czułem, dowiedziałem się o tym dopiero potem. Tak więc i cały późniejszy okres dochodzenia do siebie przebiegał dwa razy gorzej niż za pierwszym razem.
Tak sobie teraz myślę, że może gdyby między tymi dwoma operacjami był większy odstęp czasu, to bardziej łagodnie bym to zniósł, ale było jak było i dobrze, że juz było...
Z takich rzeczy, które szczególnie mi utkwiły w pamięci, to np. obchód pielęgniarek z wózkiem pełnym różnych przydatnych rzeczy. Gdy na salę wjeżdżała pielęgniarka z wcześniej wspomnianym sprzętem.. to odczuwało się coś w rodzaju ulgi?, że za chwilkę dostanę kroplówkę, która mi trochę pomoże. Dlaczego mówię trochę.. ponieważ te substancje, które dostawaliśmy co 3 godziny, na mnie działały przez jakieś 1.5 do 2h. I nigdy nie było tak, że całkiem przestało mnie boleć, zawsze to było tylko lekkie uśmierzenie bólu, który i tak za chwilę się nasilał. Ale natomiast nie był aż taki, żebym nie wytrzymywał;). Po tej drugiej operacji (w środę) czekałem na transport z powrotem na sale, ale niestety okazało się, że moje łóżko zostało zajęte, bo musieli przyjąć nagle pacjęta i nie było gdzie, więc poszedł tam gdzie byłem ja. Powiedzieli mi, że za chwile ma przyjechać rodzina po jednego z pacjentów, który wychodzi już do domu, tylko że na innej sali ale nie wiele dalej, bo na przeciwko mojej starej;). Była ona większa, i mogła pomieścić jednego pacjęta więcej. Jak warunki na tej wcześniejszej do spania miałem dobre, choć nie spałem tak na sali nr.3 dzień nie różnił się od nocy. A to za sprawą pewnego Pana, który niestety nie mógł się inaczej ułożyć jak na plecach. Siła grawitacji z jego szczęką robiła swoje, w efekcie mieliśmy niesamówity "koncert snu" prawie przez całą noc z małymi przerwami na nawilżenie ust :). Teraz się z tego śmieje, ale pamiętam, że wtedy miałem ochotę wyrzucić go przez okno. Myślicie, że nie dałbym rady?. Oj dałbym, ale nie sam bo nie przeszkadzało to tylko mi;D. A dla porównania powiem, że ja w tym czasie nie potrafił bym tak głośno krzyczeć (używając całych dostępnych sił) jak ten Pan dawał koncert...
Od rodziny co chwilę dowiadywałem się o pogodzie, jaka nas w tym czasie nastała. W ostatnich dniach aż skręcało mnie, że nie mogę wyjść na zewnątrz, pooddychać świeżym powietrzem. Wtedy człowiek marzy nawet za tak prostymi czynnościami, jak samodzielne pójście do sklepu, lub chociażby połażenie sobie po podwórku. Gdyby nie moje PSP i komórka, nie wytrzymał bym tam nerwowo;p
Wczoraj, siedząc na łóżku i czekając na wypis, nie wierzyłem do końca w to, że dzisiaj wyjdę. Miałem nawet gorsze przeczucia, bo czułem się wtedy gorzej niż zwykle. To czy wyjdę, zależało od ostatniego prześwietlenia klatki piersiowiej. Zdjęcie już było u lekarzy, ale nic mi nie mówili, dopiero koło godziny 14 pielęgniarka przyniosła mi kartę informacyjną, skierowanie do poradni specjalistycznej i receptę na leki przeciwbólowe. W razie gdybym w domu nie dawał rady.
Teraz, gdy już jestem w domu, pozostaje mi uważać na siebie przez najbliższe 3-4 miesiące, nie wysilać się, unikać sytuacji stresujących ;p i przede wszystkim ćwiczyć. Żeby mięśnie i rany się nie zastały. W szpitalu Pani rehabilitantka zrobiła mi taką butelkę, w którą musiałem dmuchać co godzinę przez 5 min, żeby płuca zaczęły mi się prawidłowo rozprężać. Nie dostałem takiej na odchodne, ale za to mam taką w domu, na której też ćwiczę;)
Zrobiłem sobie nawet taką skalę trudności:D, póki co daje rady "wpompowywać" powietrze na tym drugim poziomie. Jak dojdę do samego dna, będzie już całkiem git;)
A teraz jak się przedstawia moja sprawa do szybowania. Lekarz powiedział, że z medycznego punktu widzenia, nie będzie żadnych przeciwwskazań, żebym nawet na tych wakacjach mógł latać, ale wiadome, że czekają mnie dodatkowe badania lotniczo - lekarskie, od których w zasadzie będzie zależyć moje dalsze "być albo, albo nie być" w tym pięknym sporcie, jakim jest Szybownictwo
Pozdrawiam wszystkich, i dziękuje za wsparcie !. Zdrowia!
skomentuj (2)
W środę (16.12.2009) odbył się kolejny wyścig z serii LS Cup, który jednocześnie był tym ostatnim..
Tym razem piloci mogli wsiąść którego kolwiek z dostępnych w Condorze LS-a. W grę wchodził także LS 10, za którego trzeba sobie zapłacić (mowa tu o Plane Pack 1). Pech chciał, że każdy z zawodników miał już wcześniej zakupionego PP1, a ja niestety nie, więc musiałem się zadowolić LS -"szóstką".
Po zalogowaniu się na serwer i wstępnej analizie trasy wiedziałem, że łatwo nie będzie, ale jak już tu jestem - to spróbuję.
Trasa przedstawiała się następująco:
Zaraz po starcie (który odbywał się "z powietrza") poleciałem w stronę krążących szybowców, żeby też podnieść się nieco wyżej i wybadać pogodę. Noszenia w kominach dochodziły do 3 m/s, ale ze względu na silną turbulencję - były one trudne do wycentrowania.
Z początku wszystko było dobrze, leciałem wraz z innymi, ale z kilometra na kilometr coraz bardziej zostawałem w tyle (przypomnę, że reszta leciała dużo lepszym szybowcem) + moje umiejętności = duża strata;).
Ale jakby tego było mało - zaraz po wlocie w te pierwsze górki na drodze do I PZ wywaliło mi komunikat, że zostałem dołączony od serwera;/. Więc resztę zadania musiałem już pokonać samotnie.
Nie będę się tutaj rozpisywał, bo w zasadzie nie działo się potem nic szczególnie ciekawego. Postanowiłem obrać taktykę - byle dolecieć. Ale jednak wydawało mi się, że moja średnia póki co nie jest taka zła..
Po zaliczeniu I PZ czekał mnie odcinek o o długości nieco ponad 100 km. (pierwszy był podobny). Przez większą jego część trzeba było korzystać z kominów termicznych, bliżej mety pojawiały się górki, co pozwalało na przyspieszenie na żaglu. Albo? albo podreperowanie wysokości. Widząc na komputerku odpowiednią wysokość na dolot - odbiłem od zbocza i już bez żadnego krążenia - ze stałą prędkością 251 km/h leciałem w kierunku mety. Zwykle po zaliczeniu zadania pojawiała się tabela z wynikami - ale, że nie byłem połączony z serwerem - nie wiedziałem jak się tam na górze klasyfikacja prezentuję. Więc nie pozostało mi nic innego jak przesłać do organizatora plik igc. i czekać na opublikowanie wyników na głównej stronie zawodów. Jak się potem okazało - na metę przyleciałem jako 10. (za mną było jeszcze 6 pilotów w tym dwóch, którzy ukończyli konkurencję).
Nie zdobyłem żadnego punktu, więc całe zawody ukończyłem na miejscu: XII
Szybkie podsumowanie:
Wyścig I - Crash
Wyścig II - Ostatni
Wyścig III - Piąty
Wyścig IV - Dziesiąty
Serdecznie gratuluję zwycięzcy: Tim Kuijpers
Podejrzewam, że pewnie za niedługo wystartuję jeszcze w jakiś zawodach, ale nie wiem dokładnie co to będzie. Liczę oczywiście na lepszy wynik, no i większą liczbę zawodników (których będę WIDZIAŁ przez cały wyścig;))
P.S. W mojej galerii zaktualizowałem album LS Cup. Umieściłem w nim zdjęcia z każdego dnia lotnego LS Cup ;) kliknij w zdjęcie poniżej
Pozdrawiam i do następnej notki!;)
Można powiedzieć, że ten dzień, był dla mnie trochę bardziej szczęśliwy, niż pozostałe. Wziąłem sobie do serca rady bardziej doświadczonych pilotów, sugestie i wprowadziłem stosowne poprawki w moim "wirtualnym lataniu":) O efektach - teraz Wam opowiem
Jak co środę serwer ruszał od godziny 20:00. Zalogowałem się zaraz gdy zobaczyłem go na liście, żeby przeanalizować nieco pogodę występującą na trasie: Wiatr z kierunku 270, prędkość 20,2 km/h, podstawa chmur: 1700 m, noszenia silne, szerokość kominów umiarkowana... Warunki na pierwszy rzut oka wydawały się dobre, ale jak się potem okazało - były bardzo zmienne;). Tego dnia lecieliśmy na scenerii Central Columbia 2.1a. - To tereny górzyste, wysoko położone nad poziom morza
Mapka

Łączny dystans, jaki musieliśmy pokonać to 234 km
Pamiętając sytuację w poprzednich moich wyścigach, gdzie odstawałem już na samym początku bo "próbowałem" szukać własnej, lepszej drogi do punktu - teraz postanowiłem, że będę się trzymał reszty i jak nadarzy się okazja, postaram się nieco im uciec. Tak też zrobiłem. Na początku, zaraz po odejściu na trasę za czołówką wyścigu, gdzieś do tego miejsca:
Później właśnie przyszła mi taka myśl, że już teraz moge wykorzystać to, że jestem o jakieś 200 m wyżej, ale za to 3 km dalej od swoich rywali. Oni polecieli jeszcze około 2 km dalej wzdłuż tego zbocza, a ja zmieniłem kurs prosto na PZ, Gdy miałem 12 km do PZ zobaczyłem komunikat, że pierwszy zawodnik (CIA) już go zaliczył. Więc byłem 12 km od lidera.. Trochę dużo - pomyślałem, ale to dopiero początek.
Po tym I PZ nie było już tak łatwo i przyjemnie, ponieważ odcinek między I a II punktem zwrotnym musięliśmy pokonać z czołowym wiatrem (dosyć silnym). Poza tym sama pogoda potrafiła nieźle zmylić. Co mam na myśli?. Np. chmury. Taki sobie Cu, który wygląda już na mocno posuniętego wiekiem i w prawdzie widać było już tylko jego "farfocle" - dawał noszenie blisko 3 m/s!. gdzie zaraz obok, ładnie wyglądająca chmura miała 1.5m/s. Parę razy jeszcze potem się na to naciąłem, ale nie było to tragiczne w skutkach.
Po drodze z I do II PZ udało mi się wyprzedzić sporą grupę zawodników i w rezultacie na II PZ zameldowałem się jako drugi:). Właśnie ten moment podniósł mnie na duchu i dodał wiary, że mam szanse walczyć o punktowane miejsca, a może nawet podium.
Był żagiel, potem termika i znowu przyszła pora na żagiel, bo właśnie na trzecim boku można było wykorzystać pasmo gór, które pozwalało jednym dogonić rywali, a drugim uciec jeszcze bardziej;). Ja w tym czasie grałem rolę tego pierwszego;).
Robiłem wszystko, żeby nie stracić z oczu pilota, który leciał przede mną, ale i tak udało mu się zwiać. Po drodze na tym paśmie rozbił się pilot, który jako pierwszy doleciał do pierwszego PZ.
Wiem co czuł. Mnie w pierwszym wyścigu spotkała dokładnie taka sama sytuacja: Odświeżenie scenerii w najmniej odpowiednim momencie.
W miejscu w którym jest obecnie sylwetka szybowca na zdjęciu z analizy lotu (powyżej) - zobaczyłem ponownie F9 (poprzednika). I tam zaczął się ostatni etap tego wyścigu. "Wykręcanie wysokości na dolot". Chyba najbardziej stresująca część lotu:). Komputer dolotowy ustawiłem na 2.0m/s (wcześniej cały czas trzymałem się ustawień rzędu 1.7-1.8m/s). Gdy tylko zobaczyłem, że wskazuje on 120 m nad metą ruszyłem w pogoń za "podium". Ale wtedy właśnie moim oczom ukazały się trzy szybowce. Jeden, który już zaliczył III PZ, drugi nadlatujący nieco z lewej strony a trzeci to właśnie ten, którego ścigałem. Wszyscy byli niżej ode mnie, ale miałem około 2 km straty do ostatniego z nich. Kilometr przed III PZ: komunikat w radiu: Pierwszy zawodnik właśnie doleciał do mety. Czyli w najgorszym wypadku będę IV. Ale co tam, trzeba walczyć. Niebezpieczne zaliczenie punktu (bo tuż nad dachem jakiegoś kościoła) i kosiak po kresce do mety.
Już widzę lotnisko, ale tym samym dostrzegałem coraz więcej szczegółów na ziemi:D. 200 km/h. Komputer wskazuje 5 metrów nad punktem - lece dalej. Do poprzednika dzieli mnie 800 metrów, widzę że zwalnia, przewaga coraz bardziej maleje ale meta coraz blizej...

ostanie metry.... I Finish!. Zgadnijcie które miejsce:)?...
IV!. Od III dzieliło mnie 48 sekund! Ale podejrzewam, że i to by nie pomogło, ponieważ ten, który leciał przede mną miał większą średnią uzyskaną z całego przelotu
Mimo tego, że jednak IV nie byłem... (jeden z uczestników miał problemy z internetem i go rozłączyło, ale postanowił kontynuować lot offline a potem przesłać plik igc. do organizatora). Przez co spadłem a V miejsce.
...uważam to za swój "mały" sukces, ponieważ trasa nie należała do najłatwiejszych. Poza tym z tego co pamiętam dwóch pilotów rozbiło się w górach.
Zawsze, na każdy lot brałem "full wody". Tego dnia postanowiłem, że wezmę tylko 130 litrów. Byłem wolniejszy na przeskokach, ale za to wyprzedzałem innych w kominach. Co w rezultacie pomogło mi osiągnąć taki wynik.
W klasyfikacji generalnej podskoczyłem na 10 miejsce. Szans na wygraną już nie mam, ale podium - jest w zasięgu, jeżeli udami i się jakimś trafem zrobić nieco lepszy wynik od dzisiejszego;)
Pozdrawiam, i do następnego czwartku!. (Bo w środę kolejny wyścig:))
Tagi: góry, wyścig, zawody, szybowce, rywalizacja, ls cup
skomentuj (0)
Kolejny wyścig z serii LS Cup za nami!.
(2.12.2009)
Tym razem trasa została wyłożona na scenerii Slovakia 5.01C. Do rywalizacji przystąpiło 18 zawodników z czego 13 szczęśliwie doleciało do mety.
Warunki atmosferyczne były dobre, do uzyskania satysfakcjonującego wyniku, jeżeli leciało się równo i stanowczo. Podstawa chmur zaczynała się już od 1600 metrów, co zmuszało niejako zawodników do krótszych przeskoków a zarazem częstszego krążenia w kominach. Na żagiel nie można było liczyć. Wiatr o sile 1.5 km/h był prawie niezauważalny.
Trasa wyglądała następująco:
Na początku było ok, trochę tłoczno (czytaj bardzo) ale zdążyłem się już do tego przyzwyczaić, że z jednego komina korzysta 10 szybowców.
Do pierwszego PZ trzymałem się z wszystkimi. Odcinek, między I a II PZ liczył około 103 km. Wiedziałem, że muszę tam zrobić coś nie tak i że zostanę w tyle;p. I nie pomyliłem się ani trochę. Przez pewien czas widywałem jeszcze zawodników. Niektórych nawet sporo niżej ode mnie. Z trasy dobiegały komunikaty, że noszenia dochodzą nawet do 3-4m/s. Myślę sobie: Gdzie oni mają te 4 metry, jak ja tutaj mam ledwo dwa... Starałem się tym nie przejmować i leciałem dalej. Mając jakieś 50 km do II PZ słyszę, że kolejni zawodnicy zaliczają ten punkt. I tak jeden za drugim, aż w końcu zorientowałem się, że ten co był sporo niżej ode mnie i za mną - wyprzedził mnie o dobre 20 km:|.
Odechciało mi się już zupełnie tego lotu, podczas gdy grzebałem się z paruset metrów przed Tatrami. Kominy były silne (5m/s) ale takie wąskie, że nie dało się tego za nic w świecie wycentrować. W końcu udało się, i przeleciałem na drugą stronę tych gór. Minęło jeszcze trochę czasu zanim zaliczyłem II PZ (Nowy Targ) Następny był nad lotniskiem Bielsko - Biała. Już w połowie drogi do III PZ słyszałem, że czołówka właśnie ukończyła wyścig. Aż w końcu zapadła cisza.. Lece już tylko ja . Miałem ochotę się wtedy poddać, ale szkoda mi było trochę tych dwóch godzin spędzonych przed Condorem. Spuściłem już prawie całą wodę, żeby całkiem nie dać w pole... w końcu meta..
Pozdrawiam!.
skomentuj (0)
Wpisem tym chciałbym zapoczątkować nowy cykl notek na tym blogu. Mianowicie będę teraz pisał o wszystkich wyścigach, zawodach w świecie wirtualnym (oczywiście w symulatorze Condor)..
25.11.2009 odbył się pierwszy z serii wyścigów "LS Cup" organizowanych przez Tomasza Uzarowskiego (UZI), w którym ja naturalnie postanowiłem wziąć udział. Każde z pięciu zadań ma być rozgrywane na którymś z dostępnych szybowców LS. Tego dnia był to LS6 klasy standard. Przyznam się, że pierwszy raz nim leciałem, więc bardzo szybko musiałem się przyzwyczaić do jego właściwości.
Tak właśnie wyglądała trasa na ten dzień. Było trochę po płaskim, ale większość czasu spędziliśmy w górach, które niejednokrotnie zdradzały swym ładnym i zachęcającym wyglądem. Ale jak sam się przekonałem - tam gdzie byłem dosłownie pewien spotkania noszenia - było tylko duszenie, a na ucieczkę czas już dawno minął. Więc co robić? po prawej jest kawałek równego pola do wylądowania, opróżniam skrzydła z wody i lecę do miejsca ostatniej nadziei. Już mam wykonać zakręt w prawo do lądowania, a tu nagle wskazówka wariometru wędruje do około 2.5 m/s. Pierwsza myśl - Będę leciał dalej, chociaż wiedziałem już, że na sensowne miejsce nie mam szans. z 2.5m/s zrobiło się średnie 1.5m/s, więc trochę mi zeszło, żeby dokręcić do tych 2400m ( dolnej podstawy sterfy, która jest widoczna na mapie). Pozostali meldują 3 PZ. A ja mam do niego 50 km!. Po uratowaniu się z tej opresji postanowiłem wylecieć z tej "ślepej uliczki" i spróbować ruszyć doliną nieco na zachód od trasy. (Tędy prawdopodobnie lecieli wszyscy pozostali - tylko ja chciałem być lepszy i zyskać trochę czasu na wybraniu innej drogi). Później do 3 PZ było w miarę spokojnie. Odrobiłem trochę czasu, ale i tak do lidera brakowało mi chyba jakieś pół dnia;p. Duże i nie miłe zaskoczenie spotkało mnie zaraz po zaliczeniu tego trzeciego punktu zwrotnego. W końcu na północy wyleciałem z tej strefy i postanowiłem wznieść się wyżej (do około 3000m) żeby zapewnić sobie jako tako dolot do mety, chociaż czułem, że to może nie wystarczyć. Kręciłem się tak w kominie nad zboczem.. Patrząc w górę widziałem, że chmura się rozpada, i noszenia są coraz słabsze, więc postanowiłem przeskoczyć na drugie "pasmo" - nie wiem jak to nazwać - równoległe do tego nad którym byłem. Mocno przyspieszyłem, żebym mógł w ogóle tam dolecieć. W momencie gdy byłem może jakieś 50-60 metrów od tego drugiego zbocza - zawiesił mi się komputer dosłownie na sekundę - dwie. Ale właśnie ta sekunda - dwie wystarczyły, żebym przestał kontrolować lot (bo przecież wszystko u mnie stało) i podlecieć na zbyt niskiej wysokości do tego zbocza). I właśnie to w połączeniu z odświeżeniem scenerii (co jakiś czas symulator lekko się przycina na ułamek sekundy i poprawia wygląd. Czasem nawet wszystko podnosi się o 10-20 metrów do góry, gdzie przy niskim locie drzewa mogą "wyrosnąć" zaraz przed nami). zaowocowało kontaktem z górą. Nie zdążyłem nawet zamknąć oczu. Potem było Trach!, parę odbić aż w końcu szybowiec zatrzymał się wbity do góry tyłkiem w ziemi...
W ten oto sposób zakończył się dla mnie pierwszy z pięciu wyścigów LS Cup. Miałem ochotę coś zniszczyć koło siebie, ale się powstrzymałem. Wraz ze złością dopadła mnie taka refleksja - To nie jest mój pierwszy wyścig, ani pierwsza zła podjęta decyzja przeze mnie w tym wirtualnym lataniu. Bo takich było naprawdę wiele. Problem w tym, że więcej od tych dobrych. W Condorze według log book'a mój nalot to około 190 godzin i 4300 km (dużo latałem na serwerach typu Free Flight - bez naliczania kilometrów). Tak się właśnie zacząłem zastanawiać, że jak tutaj mi wybitnie nie idzie, to co będzie jak będę chciał zrobić swój pierwszy przelot do Srebrnej Odznaki w prawdziwym szybowcu? czy też będę robił wszystko inaczej niż się powinno?. Nie wiem w którym momencie podczas lotu popełniam błąd, którego następstwem są właśnie takie sytuacje, że wszyscy sobie radzą, a ja grzebie się z nad drzew w pocie czoła, żeby tylko nie wylądować w polu...
Czas pokaże w następnych tego typu zadaniach. Spróbuje jakoś bardziej przemyśleć to co robie i przede wszystkim bardziej przygotować się do lotu. Ale właśnie. Pytanie teraz do tych bardziej doświadczonych. Od czego zaczynac?. Analizowanie mapy?, może pogody? albo jeszcze czegoś innego?
Za wszelkie wskazówki z góry bardzo serdecznie dziękuje!;)
P.S W mojej galerii zdjęć umieściłem parę "screenów" z tego lotu - zapraszam;)
Pozdrawiam!.
Tagi: wyścig, crash, trasa, ls cup
skomentuj (3)
Bycie pilotem szybowcowym (lub jak w moim przypadku pilotem - uczniem) nie ogranicza się tylko do samego latania. Pewien znajomy kiedyś powiedział mi, że szybownictwo to 80% pracy i zaledwie 20% latania. Na początku nie chciałem temu wierzyć, ale patrząc z perspektywy czasu (tych dwóch lat odkąd realizuję swoją życiową pasję) - wiem, że miał on rację. "Nie może być" tak, że nap. dzień lotny rozpoczynamy o 9:00 - ja przychodzę o 12, wsiadam w szybowiec i lecę. A potem bez żadnych zobowiązań żegnam się z wszystkimi i odjeżdżam do domu. Powiedziałem: "Nie może być" - ale w rzeczywistości bardziej pasuję mi tu: " Nie powinno tak być" - Bo jak jest, każdy wie. Jeżeli My sami nie będziemy dbać o sprzęt i całe zaplecze - to nie będzie z tego nic.. Dlatego właśnie w sobotę (7 listopada) zorganizowałem sobie transport i pojechałem na "Prace Hangarowe" Do Aeroklubu Mieleckiego. Na miejscu byłem parę minut przed 9 (jak zwykle pierwszy:)), ale zaraz potem zjawiło się parę osób i mogliśmy zacząć coś działać. Na początek w "obroty" poszła wyciągarka - musieliśmy ściągnąć całą linę z jednego bębna i nawinąć ją na drugi, ponieważ nasza winda miała za jakiś czas przechodzić mały remont. Podczas lotów, jadąc ciągnikiem z zaczepionymi na haki linami - droga jaką pokonywałem do szybowca wydawała mi się wiecznością. Teraz wiem, że wieczność trwa dłużej ;p. Szczególnie gdy ręcznie nawija się spory kawał liny... Tak więc chwilę nam to zajęło, ale daliśmy radę. Korzystając z okazji, że AN-2 stał w naszym hangarze - pozwoliłem sobie zajrzeć do kabiny pilotów tego samolotu. Jeszcze nigdy w nim nie byłem, dlatego pokusa była większa;)
Po drodze zrobiliśmy jeszcze parę istotnych rzeczy na zapleczu, a potem zabraliśmy się za naszego Bociana. Trzeba było pozbawić go skrzydeł i odstawić na miejsce zimowego snu. Kiedyś uczestniczyłem w montażu Pirata, a teraz miałem okazję zobaczyć jak wygląda demontaż - wiedza jak najbardziej przydatna (szczególnie po lądowaniu w polu). Mój dzień hangarowy zakończył się dosyć szybko, bo około 14 byłem już w drodze powrotnej do domu. Pracy jest jeszcze dużo, i z pewnością nie zabraknie jej na zimowe weekendy, dlatego będę chciał od czasu do czasu zjawić się w klubie i pomóc cokolwiek w przygotowywaniu wszystkiego do kolejnego sezonu;)
Tagi: remont, wyciągarka, am, an-2, hangar
skomentuj (0)
W którejś z notek wspominałem, że mój blog żyje wtedy, kiedy żyje moje latanie. Warunki pogodowe i nie tylko sprawiają, że w tym roku już na 100% nie polatam ani minuty w realu. W związku z tym na blogu będzie się pojawiać dużo mniej wpisów. Dlaczego "dużo mniej" a nie " w ogóle"? A to dlatego, że parę wersów zamierzam poświęcić na "zawody" w symulatorze Condor. Nie wykluczone, że będą to zawody w naszym Aeroklubowym gronie. Poza tym chcę zabrać się za nowe opracowanie graficzne bloga. Łatwo na pewno nie będzie, bo nie znam się na tworzeniu stron internetowych, ale jakoś może dam rade.
Tak więc do kolejnego wpisu!.
Pozdrawiam!.
Właśnie teraz zakończyło się uploadowanie mojego krótkiego filmiku z tegorocznych zawodów na Celność Lądowania. Przepraszam, że musieliście tyle na niego czekać. Mam nadzieję, że się Wam spodoba;)
XVII Mieleckie Szybowcowe Zawody na Celność Lądowania from Krzysiek B on Vimeo.
Pozdrawiam i czekam na komentarze;)
skomentuj (3)
Końcówka września.. wielu z nas już planuje sobie kolejny sezon i kolejne zadania w nauce latania. Ale zanim zaczniemy robić sobie jak gdyby podsumowanie całego ubiegłego sezonu – bierze się udział w Szybowcowych Zawodach na Celność Lądowania. Jest to impreza, która bardzo pozytywnie wpływa na atmosferę w klubie, bo można się sporo przy tym pośmiać oglądając wyczyny kolegów: „żeby tylko się dotoczyć do punktu”, albo: „ nie wiem jak, ale muszę się zmieścić”. Tego roku nie było inaczej:
Zbiórka na lotnisku była zaplanowana na godzinę 8:00, ja z racji tego, że nie jestem tutejszy (tzn. nie z Mielca) musiałem przyjechać nieco wcześniej (bo potem nie było jak). Przed hangarem byłem już o godzinie 7:30. Niebo, choć było jeszcze wcześnie – wyglądało dobrze… Punkt 8:00 – w oddali słyszę głoś jakiegoś Simsona, wcale nie mniej donośnie słychać było kogoś rozmowę. Po chwili okazało się, że kierowcą Simsona jest Tomek Padykuła, a ten który tak krzyczał, to Piotrek Pokora (członkowie aeroklubu).
Hmmm.. czyli jest nas trzech – trochę mało pomyślałem, ale przecież jest dopiero 8. Parę minut później zjawił się Kacper, a po nim Paweł (Prezes). Później już nie pamiętam kolejności przyjazdów.
Po zamianie „paru” słów udaliśmy się uczynić obowiązek „przedzawodowy”. – Za udział, trzeba było sobie zapłacić;), ale to jest normalne. Potem zabraliśmy się za część właściwą, czyli przygotowywanie sprzętu do transportu. Pod ciągnik podkołował Pirat, Puchacz i Bocian: Spadochrony, akumulatory, rękaw, znaki, wszystko jest – można ruszać.
Tego dnia wiatr wiał z zachodu, to znaczy, że musieliśmy pokonać większą drogę i dojść na próg naszego „pasa” 27. Potem rozłożenie znaków, i co najważniejsze – przydział obowiązków: Kto będzie sędzią głównym, kto będzie czuwał nad tym, czy ktoś nie siadł przed ogranicznikiem, kto będzie kierownikiem lotów itp. itp. itp. Na początku: Lot kontrolny (udało mi się w tym locie, czego owoc przedstawię później). Po pierwszym lądowaniu padła decyzja, że trzeba jednak wprowadzić drobne zmiany w umieszczeniu punktu w stosunku do dolnego ogranicznika. Po tej właśnie zmianie można było rozpocząć właściwą zabawę. Lista zawodników spisana, mam startować chyba jako 12. Prawie na końcu stawki ale to nic, ja zdarzyłem się do tego przyzwyczaić. I jak mawia mój znajomy „jestem już na to za stary, żeby się denerwować”. Ale z drugiej strony ma to swoje plusy. Każdy robił po 2 lądowania pod rząd, zawodników przede mną było 11, co daje 22 lądowań. Pomogło mi to w jakimś stopniu opracować sobie cichą taktykę, żeby uzyskać jak najlepszy wynik. W końcu przyszedł czas na mnie. Usadowiłem się w szybowcu, do tyłu wsiadł pilot bezpieczeństwa, pasy przypięte, wszystko sprawdzone, łapa w górę i startujemy. Za wyczep pociągam 3 razy, wysokość 310 metrów. Duszenie 1.2-1.5 m/s, więc zbytnio się nie oddalam, i wcześnie robię drugi zakręt. Na pozycji z wiatrem przestał tak mocno ssać, ale za to w trakcie wykonywania 4 zakrętu – nosiło, co znacznie mi – niedoświadczonemu pilotowi – utrudniało planowanie się do lądowania.. Na prostej czekałem na ten moment wyczucia, w który muszę otworzyć hamulce, co jakiś czas spoglądam na wariometr, który może mi zasygnalizować o możliwości nie dolotu. I tak w końcu zrobił. Trafiłem w jakąś lokalną anomalię i miałem prawie 2 m/s w dół – nie mam pojęcia co to było. Widząc, że mam jeszcze zapas wysokości przymknąłem lekko hamulce i rozpędziłem nieco szybowiec, około 50 cm nad ziemią stopniowo zwalniałem ściągając na siebie drążek… Dolny ogranicznik zbliżał się coraz szybciej, ale i coraz szybciej spadała mi prędkość.. Aż w końcu na resztkach siły nośnej i marnej poduszce powietrznej doleciałem do ogranicznika, widząc go kątem oka otworzyłem hamulce żeby na wysokości parunastu centymetrów przykleić się do ziemi. Przyziemienie – prawie gładkie, Korzystając z tego, że mam jeszcze trochę siły na sterze wysokości opuściłem nos na ziemie, żeby sunąc po płozie (jak zauważyłem po wcześniejszych lądowaniach daje to większe szanse na szybsze zatrzymanie się. I faktycznie tocząc się tak przez chwilę zatrzymałem się 2 metry za punktem wcześniej przejeżdżając centralnie przez niego. Byłem z siebie zadowolony, ale wiedziałem, że nie będzie to długo trwać, bo za chwilę kolejne lądowanie i jak to poszło dobrze, to następne pewnie zepsuję. I tak też się niestety stało. Tą taktykę z przyspieszeniem podczas fazy podprowadzenia powtórzyłem i w drugim locie, ale niestety nie udało mi się to i w rezultacie miałem za dużą prędkość w miejscu, w którym już powinienem przyziemić. Zatrzymałem się wtedy 37 metrów za punktem. Byłem na siebie zły, bo mogłem to nawet wygrać.. Ale w zasadzie to tylko zabawa, nie należy tego traktować śmiertelnie poważnie. Zawody ukończyłem na miejscu piątym. Co i tak uważam za mały sukces, ponieważ wyprzedziłem w klasyfikacji wielu innych dobrych pilotów z dużo większym nalotem ( Ja i tak byłem tam najmłodszy pod względem wieku i wspomnianego wcześniej nalotu). Bo jak wcześniej sobie podliczyłem – mam już nieco ponad 15 h spędzonych w powietrzu;). Nie do pomyślenia jak na dwa lata latania, ale w następnym sezonie nastawiam się na obfitsze fruwanie i kto wie.. może nawet uda mi się spełnić wszystkie warunki do licencji;).
Po powrocie pod klub i schowaniu całego sprzętu przyszedł czas na tak zwane „after party”, czyli gril w swoim towarzystwie i oczywiście rozdanie nagród;). I tutaj właśnie mogę się pochwalić swoim dyplomem, który zawiśnie w niedalekiej przyszłości na mojej ścianie:
A co do tego "owocu" lotu sprawdzającego - przygotowuję taki krótki film z całego tego dnia (na pewno nie 30 minutowy, bo nie wyrobie psychicznie i fizycznie) ;)
I żyję tylko nadzieją, że na tych jednych zawodach (nie koniecznie na celność) moja kariera szybownika się nie zakończy;)
Pozdrawiam!.
P.S Umieszczam jeszcze końcowe wyniki:
I – Tomasz Łazorko
II – Zbigniew Świerczyński
III – Zbigniew Dolczak
IV – Piotr Pokora
V – Krzysztof Białek
VI – Paweł Świerczyński
VII – Henryk Skiba
VIII – Jacek Malec
IX – Tomasz Padykuła
X – Marek Kozik
XI – Tomasz Lubera
XII – Kacper Ortyl
XIII – Stefan Danecki
XIV – Jan Madej
XV – Michał Bańka
Tagi: zawody, celność lądowania
skomentuj (6)
W przed dzień (w sumie to przed wieczór) z przeziębieniem i 37 stopniową temperaturą ciała próbowałem wykrzesywać z siebie resztki sił na zabawę na weselu kuzyna Anety, ze świadomością, że następnego dnia (czyli w niedzielę) trzeba pojechać na lotnisko w Mielcu i zagrać umówiony koncert. A więc było to tak: Na lotnisko wyjechaliśmy z Tomkiem, Anką i Anetą koło godziny 14, nieco później dojechał Mirek z Alą na miejscu zastaliśmy już sporą imprezę, Prawie cały sprzęt Aeroklubowy był wystawiony przed klub i ogrodzony taśmą (którą i tak każdy ignorował, chcąc zobaczyć wszystko z bliska).
W powietrzu fruwały przeróżne modele silnikowe i bezsilnikowe. Na drugim końcu lotniska odbywały się loty zapoznawcze, już prawdziwymi szybowcami;),
Latał wtedy Puchatek i Puchacz, chętnych nie brakowało do tego, aby poczuć powietrze z wysokości i pooglądać te całe zamieszanie z góry. Widziałem, jak ludzie wsiadali do szybowców lekko zaniepokojeni, ale już wysiadając, nie mogli się powstrzymać od bananowych uśmiechów. Oto właśnie w tym chodzi, latanie ma dawać radość.Poza sceną oraz prezentowanymi maszynami były także kramy modelarskie, różnego rodzaju konkursy, puszczanie balonów wypełnionych helem z kartkami okolicznościowymi. – Moim zdaniem jest to bardzo fajny pomysł. Ogólnie polegało to na tym, że każdy z uczestników tej zabawy przyczepiał kartkę (gotową do wysłania pocztą) do jednego z balonu. Później wszyscy na 3-4 puszczali je do góry, Osoba, która znajdzie taką kartkę (gdziekolwiek w Polsce i nie tylko) wrzuca ją do skrzynki pocztowej i czeka.. Czeka na nagrodę, którą też otrzymuje osoba „puszczająca” balon. Bodajże poprzedniego roku jedną z kartek znaleziono na Ukrainie, inne przychodziły z okolic Soliny i tamtych terenów. W USA (nie pamiętam którego roku) taki balon z kartką okolicznościową przebył około 800 kilometrów. Kartkę z niego znaleziono w Kalifornii.Jakąś godzinę później przyszedł czas na koncerty. Pierwszy wystąpił zespół Exit – też z Kolbuszowej z naszym perkusistą, a potem my. W między czasie odbywały się pokazy taneczne grupy Rzeszowiacy,
skoki spadochronowe (3 skoczków).
Nasz koncert był niejako zakończeniem tej wspaniałej imprezy.
W ostatnich nutach ludzi ubywało coraz więcej, aż przyszedł czas na zwijanie wszystkiego na swoje miejsce.
Podsumowując: Dzień Otwarty AM wypadł moim zdaniem na 5, praktycznie nie można było się nudzić, zawsze coś się działo. Mam nadzieję, że nie skończy się tylko na tej jednej imprezie, lecz stanie się to tradycją i będzie rozwijane na coraz lepsze poziomy. Żałuję też, że nie mogliśmy zostać na „after party”, ale zrewanżujemy się w przyszłym roku;)..
P.S. Autorem zdjęć z tej imprezy, które prezentuje na moim blogu i galerii (link w menu po prawej) jest: Aneta Micek ;)
Pozdrawiam.
Tagi: dzień otwarty, aeroklub mielecki
skomentuj (0)
W imieniu swoim i Zarządu Aeroklubu Mieleckiego chcę Was zaprosić na Dzień otwarty, który odbędzie się 20 września br.
Program imprezy:
Zawody latawcowe – konkurs na najciekawszą konstrukcje, wykonanie i lot- rozpoczęcie godz. 10:15; Pokazy modelarskie– różne kategorie modeli szybowców, samolotów, śmigłowców, rakiet, balonów– rozpoczęcie o godz. 11:00; Zawody balonowe dla dzieci pt. „ Mały Gordon Bennett” (balony z gazem i kartką okolicznościową)- konkurs na najdłuższy lot- rozpoczęcie godz. 12:00; Rajd rowerowy dla uczczenia pamięci o Braciach Działowskich– „ Śladami Braci Działowskich”– zapraszamy wszystkich chętnych, start godz. 13.30, zakończenie-meta około godz. 16.00. Start i zakończenie przy Aeroklubie i wręczenie nagród zwycięzcom; Straż pożarna: pokaz gaszenia ognia (około 2 godziny) od 14.00 do 16.00; Imprezy kulturalne: występy zespołów Młodzi Rzeszowiacy, Le Moor (rock)– od godz. 16.00; Skoki spadochronowe– godz. 16.50. W trakcie trwania imprezy – loty zapoznawcze szybowcem, spotkania z ciekawymi ludźmi, wystawa fotograficzna „Historia AM”, kramik z modelami, sklep modelarski, konkurs wiedzy lotniczej oraz wiele innych niespodzianek. Patronatem medialnym i współorganizatorem jest Tygodnik Regionalny KORSO. Więcej szczegółów pod nr tel. 017 788 76 95 lub 017 788 77 20.
źródło: www.aeroklub.mielec.pl
skomentuj (0)
Stopki zrobiłem już wcześniej, dzisiaj tylko obmyśleliśmy i zmontowaliśmy całą konstrukcję rudder'a.
Zaczęło się od zakupu niewielkiego odcinka blachy z wywierconymi już otworami. 4 śruby, 4 nakrętki, 4 podkładki,
3 sprężyny i gotowe;).
Teraz czekam tylko na transport do Rzeszowa po potencjometr 100 kOhm (taki podobno jest najlepszy). Muszę go podłączyć do mojego starego joysticka.
W zasadzie, to do jego wnętrzności;)
skomentuj (1)
Wraz z moim tatą zajęliśmy się budową podstawy pod te całe ustrojstwo. Na początek trzebabyło załatwić skądś arkusze sklejki, ale to nie był wielki problem.
Potem wykorzystaliśmy niedawno wymontowane futryny okien (po obróbce posłużyły jako „szkielet” podestu).
Chwilkę nam zajęło rozplanowanie jak to ma dokładnie wyglądać. W ruch poszła wiertarka, wkrętarka, młotek i ręczna piła do drewna. Trochę kurzu, trochę dymu i jedna część byłą już gotowa, druga wygląda tak samo, więc poszło szybko. Potem tylko pozbijać boki, umocnić całą konstrukcję i jest!.
Mebel, który mógłby z łatwością posłużyć jako pudło dla zwycięzców jakiś zawodów, (ale tylko z pierwszym i drugim miejscem). Po wstępnej przymiarce w pokoju, w którym stoi komputer okazało się, że podest będzie wymagał lekkiej rehabilitacji, ponieważ nie mieści się za bardzo pod biurkiem. Nie mam pojęcia jak ja to mierzyłem, ale zabrakło mi około 100 mmm, żeby wszystko było ok.:P. Na drugi dzień z samego rana defekt został usunięty i wygląda to następująco:
Na zdjęciu widać także mój nowy nabytek w postaci joysticka firmy Speed link - Black Widow. Spisuje się on o niebo lepiej niż to co miałem wcześniej;)
Enjoy!
skomentuj (0)
Dziś, o godzinie 10:30 zebraliśmy się jak zawsze w klubie po to, by zaplanować sobie ten dzień lotny. Kiedy ja przyjechałem, było nas czterech. Potem dojechał jeszcze Prezes. Skąd tak późna zbiórka?? Tej nocy pogoda była dosyć nieciekawa. Występowały silne, lokalne opady i nie wyglądało to za dobrze, dlatego nie mogliśmy się do samego końca zdecydować, czy jest sens dzisiaj sobie głowę zawracać. W końcu wyszło tak, że wyciągnęliśmy szybowce (całe 2) Puchacza i Pirata i wyszliśmy w pole z nadzieją, że warunki się poprawią i będzie można co nieco polatać. Ja standardowo zająłem się Puchaczem. Obyło się bez mycia tym razem, bo szybowce były czyste (pewnie ktoś je wcześniej umył). Na pasie startowym byliśmy koło godziny 13. Pierwszy do Pirata zapakował się Łukasz. Puchacza wtedy odstawiliśmy na bok, bo i tak musiałem czekać na instruktora, żeby polecieć samodzielnie. Zaraz po starcie Pirat skierował się pod dobrze zapowiadającą się chmurę, ale niestety nie udało mu się tam nic znaleźć. Poszukał jeszcze chwilę, po czym odszedł z wiatrem do pasa, wykonał 2 zakręty i wylądował. Chwilę później, gdy już był na ziemi wystartował po raz drugi. Tym razem z powodzeniem. Wykręcił w okolicy lotniska podstawę i poleciał dalej. Siedząc w kwadracie dowiedziałem się, że raczej kiepsko będzie dzisiaj z instruktorem, i z mojego latania mogą wyjść nici. Po paru minutach Paweł wyszedł z propozycją, czy nie chce z nim polecieć na termikę. Odparłem, że jak najbardziej!;). Razem z Piotrkiem wypchaliśmy Puchacza, później nas wypuścił.
Chwilę po odczepieniu na wysokości około 300 metrów wpadliśmy w komin termiczny. Miał on około 1.5 m/s, ale problem tkwił w tym, że wiatr znosił nas coraz bardziej na pas betonowy, którego nie mogliśmy przekraczać z powodu ruchu samolotów po jego drugiej stronie. Więc dokręciliśmy ile mogliśmy i polecieliśmy bardziej na południe. Ale tam niestety nie było nic. Przydusiło nas tak, że musieliśmy skończyć te latanie i udać się do lądowania. Zgadnijcie, ile razy potem próbowaliśmy się jeszcze strzelać… 4!!. W sumie w piątym locie tak naprawdę złapaliśmy dobry „dwu metrowy” komin. Ale znowu zbliżaliśmy się w nim do pasa. Nie myśląc długo Paweł kazał mi zapytać wieżę, czy nie możemy przejść na drugą stronę. Odpowiedź była pozytywna, i w odległości około kilometra na południe od lotniska wykręciliśmy podstawę.
Później miałem tą przyjemność powalczyć z kominami, choć to nie był mój lot;). Myślę, że idzie mi coraz lepiej z centrowaniem, i utrzymywaniem się w kominie. Zawsze, po każdym dniu lotnym, gdy już jestem w domu staram się odtwarzać w symulatorze szybowcowym Condor sytuacje, jakie miałem podczas realnego latania. Np. zerwania liny, lądowania z bocznym wiatrem, czy choćby nawet tą dzisiejszą termikę. Mi osobiście bardzo to ułatwia poznawanie sztuki latania szybowcowego. Wracając do naszego fruwania: Wiatr był dzisiaj bardzo silny, (czego efektem było nawet zerwanie liny), ale dzięki temu można było polatać na tak zwanych szlakach cumulusowych. Tzn., że chmury ustawiają się w łożu wiatru jedna za drugą, co umożliwia pokonywanie dużych dystansów praktycznie bez większego przestoju w krążeniach. Jeden taki szlak udało nam się wykorzystać.
Jak widzicie już wyżej, zabrałem ze sobą oprócz mapy, również aparat;), czego owocem są te właśnie zdjęcia (resztę umieszczę w mojej galerii do której link znajduję się po prawej stronie). Dochodziła godzina 17:20. Dało się zauważyć, że noszenia były znacznie gorsze niż nawet godzinę temu. Jak spadliśmy do 800 metrów, to już nie było praktycznie szans, żeby wykręcić ponownie podstawę. Powalczyliśmy tak jeszcze przez chwilę aż w końcu po wykonaniu kręgu nadlotniskowego przywitaliśmy się z ziemią… Od tych 800 metrów lataliśmy już blisko Pirata, w którym był Łukasz. Wylądował on chwilę po nas. To był zarazem ostatni lot w tym dniu. Po hangarowaniu Paweł podrzucił mnie na dworzec z którego okazało się, że nie wrócę szybko do domu, ale i tak wróaciłem ;)
Generalnie nie posunąłem się w przód z moim szkoleniem, natomiast w tych lotach wzbogaciłem się o nowe doświadczenia, co jak uważam jest dużo cenniejsze od jak najszybszego ukończenia zadania.
Pozdrawiam!.
Tagi: termika puchacz
skomentuj (0)
Środek sierpnia, to początki końca latania szybowcowego. Przynajmniej mojego, bo już mam w zasadzie zrobione to, co chciałem (poza lotami samodzielnymi) i nie planowałem latać więcej niż w programie jest napisane. Z resztą i tak ciężko byłoby. Na błoniach aeroklubu coraz głośniej słyszy się o zgraniu ekipy mieleckiej do wspólnego rywalizowania w symulatorze szybowcowym Condor. Trochę z nudów wpadłem na pomysł, żeby uatrakcyjnić sobie w jakiś sposób zimowe, wirtualne latanie. Więc postanowiłem, że zmontuję sobie w pokoju mini kokpit szybowca:D. Plan jest taki, że znajdę jakiś fotel samochodowy, dorobię do niego pudło (żeby wszystko stało wyżej) zbuduję orczyki (ster kierunku) z planów i pomysłów internautów. Wiem, że jest tego od groma, więc myślę, że dam sobie radę... Co dalej?. Hamulce Aerodynamiczne. Rzecz bardzo ważna w szybowcu. Też myślę coś takiego zrobić.. Trymer chyba sobie daruję, bo nie będę miał tyle elektroniki z mojego starego joysticka:D, ale o tym się jeszcze pomyśli..
Póki co, mogę sobie odhaczyć punkt z fotelem samochodowym, bo takowy już znalazłem i zakupiłem za 45 zł.
Tak że prototyp prototypu wygląda następująco:
O dalszych pracach rozwojowych nad moim "kokpitem" będę pisał na bierząco własnie tutaj:) bo gdzie indziej:)
Pozdrawiam!.
skomentuj (4)
Piątek, godzina 20:20. Po głębszym zastanowieniu się podejmuję decyzję, że jadę jutro na lotnisko. Jadę z myślą polatania sobie, co nieco, ale za bardzo na to się nie nastawiałem, bo jakie jest życie - każdy wie. Znowu wyszedł mi problem z transportem, więc musiałem liczyć na pomoc z domu. Piotrek napisał mi dzień wcześniej, ze zbiórka na lotnisku jest o godzinie 9:00, a instruktor będzie dopiero od 14. Myślę sobie: No nic, może akurat zjawi się wcześniej.. Albo wcale?. Wyjechaliśmy z domu o 8:35 z myślą, że jadąc równym tempem zdążymy na tą dziewiątą. Ale jak nigdy czegoś takiego nie miałem tak wtedy przytrafiło mi się to podwójnie. W Kolbuszowej Dolnej natknęliśmy się na jedną pieszą pielgrzymkę. Nie wiem gdzie oni wędrowali, pewnie do Cmolasu. Z ominięciem ich nie było większego problemu, ale natomiast jakieś 300 metrów dalej wyjechał nam przed maskę radiowóz, żeby wstrzymać ruch.. Nie wiedząc, co się dzieje spojrzałem w lewo.. Druga pielgrzymka!. Tym razem nas trochę przetrzymali i w rezultacie na lotnisku byłem 10 po 9. Niby to małe spóźnienie, ale zawsze. Ludzi było już sporo, wszyscy siedzieli w klubie czekając na decyzję o lotach.. No i na instruktora. Ale później wyszło jakoś tak, że mamy zabrać się za sprzęt i przytransportować go na pole wzlotów. Był tylko jeden problem. Nie mieliśmy tyle koni mechanicznych, żeby pociągnąć te wszystkie patyki za jednym razem, ( czyli: Pirat 59, Pirat 78, Puchacz, Puchatek, Mucha sto, Mucha std. i Bocian.), Więc ja, Marek i jeden uczeń z nowej podstawówki (nie pamiętam tutaj jego imienia - przepraszam) wsiedliśmy na traktor i pojechaliśmy po resztę. ( pod hangarem było jeszcze 3 innych pilotów do pomocy) Co do kolejności w lotach wiedziałem już, że dwa piraty były zabookowane. Bo na jednym Kamil Czerw chciał zrobić w końcu ten przelot, ( co nie udało mu się ostatnio) no i Kacper Ortyl zamierzał powisieć pięć godzin, żeby spełnić kolejny warunek do srebrnej odznaki a tym samym do licencji. Tak, więc startowali oni jako pierwsi i chyba udało im się zaczepić za pierwszym razem. Później kolejno startowały Muszki na loty termiczne. Zbyt dużego zainteresowania nie miały, bo mogli w nich latać tylko piloci licencjonowani. W czasie, kiedy ja siedziałem pod naszym melexem i analizowałem sobie mapę rejonu, którą wypożyczyłem z Aeroklubu instruktor podszedł do mnie i zapytał się, co ja dzisiaj mam do roboty. Więc powiedziałem, że pasowałoby mi powisieć z nim jakieś 2 godzinki, żeby zamknąć te loty instruktorskie... Chwilę pomyślał, porozglądał się i zapytał: To, czym chcesz lecieć??. Popatrzyłem po kwadracie, stoi Bocian i Puchatek. Zza pleców słyszę Marka:
-nie leć konserwą, bierz drewno!.
I tak też zrobiłem!:) Wybrałem Bociana, z tego względu też, że zrobiłem na nim całą podstawówkę i lepiej się w nim czuje niż w Puchatku, w którym leciałem tylko raz. Z pomocą kolegów wypchaliśmy go do startu. Szybowiec sprawdzony, gotowy do lotów. Założyłem spadochron, wsiadłem do szybowca, przypiąłem się jak należy.. Jadąc wzrokiem i ręką od lewej: Trymer - ciężki na łeb, Hamulce - Zamknięte i zablokowane, Wyczep - Lina podczepiona Wysokościomierz - Na zero skali, Schowek - Mapa jest:). Po wykonaniu " Before Take Off Chcecklist" zgłosiłem gotowość do startu podnosząc lewą rękę. Komendy do radia:
-Wyciągarka naprężaj, lina południowa!..
I jeszcze raz na szybko: trymer, hamulce, wysokościomierz, schowka nie sprawdziłem. Po chwili przyszedł czas na:
- Naprężona start!. Pare naście sekund później - oddanie drążka celem poluzowania linki holowniczej i trzykrotne pociągnięcie za wyczep. Wyciągarka potwierdza wyczepienie, więc przechylam szybowiec do Pierwszego zakrętu. Miałem zakręcić więcej niż o te 90 stopni, żeby skierować się pod chmurkę, która była naszą jedyną nadzieją, bo mieliśmy ledwo 300 metrów. Słońce w tym czasie zaszło za chmury, więc miałem taką świadomość, że możemy siąść po kręgu... Ale!? Coś jest, coś kopnęło, tylko, z której? Instruktor mówi:
- z prawej
Więc zakręcam w prawo... i zerko. Zerko trzyma się jeszcze przez 3-4 okrążenia..
-Tu nie będzie nic, posypało się już... - usłyszałem za plecami... Próbowaliśmy się tak zaczepiać jeszcze dwa razy ale dalej nic, wysokość koło 200 metrów, trzeba już lądować. Trzeci, czwarty. Zgłaszam do kwadratu: Bocian 40 na prostej. Dostałem zgodę. Po wylądowaniu instruktor objaśnił mi, dlaczego nie zabraliśmy się teraz. Przyczyną był zły moment startu. Słońce wtedy było już w połowie chmury i wszystko wygasło. Gdybyśmy wystartowali wtedy, jak już zaczyna przebijać się zza chmur, to może coś by z tego było. Ale jakieś 20 minut później, zapytał mnie się ponownie, czy nie spróbujemy jeszcze raz. Odparłem wtedy, że czemu nie, lecimy. Więc kolejność czynności przed startem aż do odczepienia była taka sama. Od razu skierowaliśmy się nad znane wszystkim mieleckim pilotom ognisko termiczne (piaski obok ZUA). Ale, żeby nie było tak nudno okazało się, że i tu nie ma nic. Więc polecieliśmy dalej, w okolice trzeciego. Duszenie 2 m/s, za plecami słyszę:
-Gdzieś tu musi być komin.
lecimy dalej, duszenie powoli ustaje, nagle poczułem kopnięcie w tyłek, wskazówka wariometru rozpoczynała swoją wędrówkę w górę.
- Załóż w lewo - mówi instruktor, tak zrobiłem, ale po tym okrążeniu okazało się że w większości jesteśmy poza kominem, na jednym kierunku tylko coś nosi. Zapytałem, czy mogę zmienić kierunek krążenia. Instruktor powiedział, że tak, - tak właściwie należałoby teraz zrobić. Więc w momencie jak wariometr wskazuję największe wznoszenie (jak pisze w książce) zmieniam kierunek krążenia na prawy. I co się okazało? Sukces! Stałe 2 m/s, czasami skakało do 2,5. Wtedy właśnie ujrzałem światełko nadziei, że polatamy te 2 godziny. Na początku trochę krążyłem ja, i trochę instruktor poprawiając i objaśniając mi co najważniejsze moje błędy. Po paru wskazówkach było już lepiej, zaczęliśmy lecieć w górę. Wysokość 750 metrów.
- Teraz możesz zmniejszyć trochę prędkość, tak do 75-80 km/h - powiedział instruktor, później pozwoliliśmy odlecieć sobie trochę z wiatrem od lotniska do ładnie zapowiadającego się kłaczka, który nas nie zawiódł i dał nam stabilne 3m/s. W między czasie wyciągałem sobie mapę i próbowałem skojarzyć, w którym to miejscu teraz jesteśmy. Widzę most po lewej stronie na Wiśle, na takim drugim charakterystycznym jej zakręcie. O dokładnie tu:
Na mapie oczywiście nie jest zaznaczony;), lecimy dalej. Na wprost nas Tarnobrzeg, a przed nim dosyć spory zbiornik wodny. Mapa powinna go mieć tutaj:
a go nie ma.. Ale to jest akurat zrozumiałe, bo te jezioro powstało jakieś 3 lata temu z tego co się dobrze orientuję. Mając mapę z roku 1971 - nie ma się, co dziwić, że paru "kropek" brakuje;).
Krążenia krążeniami, ale ważne są też przeskoki między chmurami. Instruktor starał mi się objaśnić parę dobrych zasad, żeby latać szybko i daleko, a przy tym bezpiecznie. Dokręciliśmy podstawę, chwilę wcześniej zapytał się mnie, pod którą chmurę poleciałbym teraz, Wskazałem ręką dużego Cumulusa na wschodzie o ciemnej i dosyć płaskiej podstawie. Usłyszałem:
- No są lepsze, ale leć tam, może coś będzie nosić. Rozpędzamy w kominie do 120 km/h. W kabinie zrobiło się już dużo głośniej:), wyprowadzenie na kierunek i trzymam prędkość podlatując pod chmurę i widząc, że strzałka wariometru zaczyna iść w górę ściągam delikatnie drążek i przechodzę w zakręt. Jedno drugie, trzecie okrążenie, parę poprawek i jest 1.5 m/s z tendencją wzrostową. Nie wiele, ale dobre i to;). Po drodze w tym przeskoku dołączył do nas Tomek Lubera w Piracie.
- Oo bardzo dobrze, że tutaj się zjawił, właśnie chciałem, żebyś poćwiczył latanie z towarzystwem w kominie - Powiedział instruktor. Ciekawie się tak lata;), Parę uwag na temat bezpieczeństwa, na co trzeba być przygotowanym, na co uważać... Po chwili osiągnęliśmy podstawę. Więc rozpędzamy z piratem i do następnej. W między czasie instruktor zapytał się Tomka przez radio czy ma zrobiony przelot do licencji, Odpowiedział, że nie. Później padła propozycja, że podprowadzimy go przez kawałek a potem wyląduje w Turbi, żeby zaliczyć te 50 km. Po krótkiej rozmowie z kwadratem otrzymaliśmy zgodę na taki "manewr". Dając po prostej lecimy do najbliższej chmury. Trochę nasz plan się nie powiódł, ponieważ dolecieliśmy do miejsca, w którym trzebabyło wykonać dosyć duży przeskok jak na takie szybowce. I to na domiar złego po drugiej stronie nie było nic konkretnego, tylko jakieś farfocle.
- Pirat, to co robimy?? wracamy? czy ryzykujemy? - Instruktor zapytał się Tomka przez radio.
- Chyba wracamy - odpowiedział.
- No to odwrót!. Jakieś 10 min później w radiu usłyszeliśmy:
- Bocian 40 kwadrat?, na co odpowiedzieliśmy:
- Kwadrat Bocian słuchamy.
- Informacyjnie brakuje wam jeszcze 20 min do dwóch godzin. - powiedział ktoś z kwadratu.
- Przyjęliśmy, dziękujemy.
- Noo to jeszcze musimy troche powisieć, ale bliżej lotniska, trzymaj aktualny kurs. - powiedział instruktor i zaraz po tym zaczął mi tłumaczyć jeszcze, jak to jest z tym lądowaniem w polu. Jakie wybierać na co zwracać uwagę itp itd.
Dokładnie 27 minut później siedzieliśmy już na ziemi.... Uff!, to był lot!. Kręgi się nie umywają do termiki, to zupełnie inne latanie, dużo więcej wrażeń i w ogóle. Człowiek wtedy czuje, że naprawdę lata, a nie spada;). Tym lotem właśnie zakończyłem póki co szkolenie i teraz będę mógł latać sam na termikę jak inni. Nie mogłem doczekać się tego momentu i w końcu nadszedł. Nieco po godzinie 17 na ziemie powrócił Kacper. Latał chyba 5 godzin i 10 minut zaliczając drugi warunek do srebra!;). Kamilowi niestety ni udało się dolecieć do Turbi. Później mówił, że był dwa razy koło Nowej Dęby ale dalej, porostu nie dało się lecieć ze względu na kiepskie warunki termiczne. Ale nie bój nic!. Do trzech razy sztuka!;)
Na deser pochwalę się jeszcze, że udało mi się (prawie pod sam zachód słońca) zdobyć uprawnienia do wykonywania lotów na szybowcu Pirat!:). Różnica w lataniu Bocianem a Piratem dla mnie jest spora, nie znaczy to, że lata się gorzej. Owszem, Pirat jest strasznie "betonowaty" na lotki, a czuły na ster wysokości. Trzeba na to uważać. Ale po parunastu lotach, na pewno nabiorę trochę więcej pewności do tego szybowca;). Na razie zrobiłem tylko trzy loty laszujące. Jak pojadę na lotnisko następnym razem, to będę chciał zaczepić się na swoją pierwszą samodzielną termikę. Może właśnie Piratem!;). Nie wiem kiedy to będzie. Mam nadzieję, że już w tym tygodniu.!
Pozdrawiam!.
We wtorek wybrałem się na lotnisko z Anetą (moją dziewczyną). Wyjechaliśmy koło godziny 7:20. Wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazywały na to, że prawie na 100 % nie będzie żadnej termiki. Było pełne pokrycie, a czasami nawet zaczynało kropić. Jak zwykle minęła godzina oczekiwania na decyzję czy idziemy na start, czy nie. W końcu poszliśmy. Startowaliśmy z kierunku 27. Koło południa wiatr zmienił się na całkowicie tylny co utrudniało wszystkim życie przy startach i lądowaniach. Bez większego zastoju zwinęliśmy wszystko i przetransportowaliśmy na drugą stronę pasa. Teraz starty odbywały się z kierunku 090. W czasie kiedy podstawówka szlifowała swoje umiejętności przed lotami sprawdzającymi, zacząłem załatwiać lot po kręgu Anecie jako obiecany prezent urodzinowy:). Po paru rozmowach z pomocą kolegów z podstawówki ustawiliśmy Puchatka (bo tym miała lecieć) do startu. Oczywiście nie obyło się bez dodatkowego balastu w przedniej kabinie:D, więc zamontowałem w odpowiednim miejscu 2 ciężarki. Nie pamiętam ile one ważyły, ale były ciężkie;). Załoga w szybowcu, zapinamy pasy, zamykamy owiewkę i pstryk!.. pamiątkowe zdjęcie.
Lina podczepiona, skrzydło do góry.. Wyciągarka zaczyna naprężać. Myślę, że ja stojąc obok i nagrywając start aparatem bałem się bardziej, niż ona siedząca w szybowcu, czekająca na tą niepowtarzalną dawkę przeciążenia :). Chwilę później już byli w powietrzu. Szkoda tylko, że była wtedy taka pogoda, tak to załapaliby się chwilkę na termikę i na pewno wrażenia byłyby ciekawsze. Nie długo potem w radiu słychać było: Puchatek, na prostej do lądowania.
Później już tylko delikatne przyziemienie i dobieg. Podchodząc w pośpiechy do szybowca już z daleka widziałem, ze ten uśmiech, jaki miała na początku wcale nie zniknął, wręcz przeciwnie;). A spodziewałem się innej reakcji;p. Będę chciał, żeby jej latanie nie skończyło się tylko na jednym kręgu!:). Jeszcze przed lotem Anety zacząłem kąbinować, żeby w końcu oderwać się od ziemi wolno stojącym i marnującym się Puchaczem. Moje kąbinacje skończyły się tam tym, że nie miałem poprawnie uzupełnionej książki przebiegu szkolenia, i nie mogłem wylecieć samodzielnie.. Tak to jest, jak się nie pilnuje papierów na bieżąco, tylko odkłada na "jutro". Ale, żebym nie musiał tracić niepotrzebnie pieniędzy na loty wznawiające po dłuższej przerwie, zapytałem się instruktora, czy może on polecieć ze mną. Tak tylko jeden krąg. Nie polecieliśmy jednak Puchaczem, tylko Puchatkiem. To był mój pierwszy lot tym szybowcem. Z początku nie byłem do niego pozytywnie nastawiony, ale okazało się, że nie lata tak źle;).
Mimo tego, że nie udało mi się ruszyć dalej z moim ćwiczeniem to i tak jestem zadowolony z tego dnia, bo w końcu moja ukochana mogła zobaczyć, dlaczego tak często chcę się wyrywać na kwadrat i polecieć chociaż ten jeden krąg:). No i przy okazji sama mogła spróbować jak smakuje latanie szybowcem:).
Tak dla informacji. Jeżeli będzie w sobotę pogoda ( na co się specjalnie nie zanosi ) to zamierzam pojechać na lotnisko. Może uda się polatać przynajmniej godzinkę.
Pozdrawiam wszystkich czytających i tych nie;)
Środa. Ostatni dzień mojego 3 dniowego wypadu na lotnisko. Obudziłem się jak zwykle koło godziny 7:00. Wstając lukłem szybo na niebo... w tym momencie ogarnęła mnie lekka niepewność, co do latania w tym dniu. Było dosłownie pełne pokrycie z tendencją do opadów. Ludzie na lotnisku pojawili się o godzinie 8. Instruktorzy zadecydowali, że na razie nie będziemy wychodzić w pole, poczekamy, zobaczymy jak się sytuacja dalej potoczy.. I tak mijała godzina, dwie, trzy aż w końcu po godzinie 11 ruszyliśmy na miejsce startu. Na niebie powoli było widać jaśniejsze miejsca, ale to nie było jeszcze to, na co czekaliśmy. Ustawiliśmy się na pasie 27. Wiatr mięliśmy południowy (całkowicie boczny). Koło godziny 14 zmienił się na tylno-boczny, właśnie wtedy miałem robić dalsze ćwiczenia. Wiatr był coraz silniejszy i po moim drugim lądowaniu zapadła decyzja o zmianie kierunku startu. Zanim przenieśliśmy cały sprzęt na drugą stronę minęło dobre pół godziny. Władowałem się ponownie do Puchacza i wystartowałem z instruktorem. Wysokości mieliśmy koło 310 metrów. W okolicy drugiego zakrętu załapaliśmy się na końcówkę ostatniego bąbla komina, ale uniósł nas ledwie 100 metrów i się rozleciał. Później po krótkiej przerwie poleciałem jeszcze parę razy i takim oto sposobem zakończyłem zadanie AIV. Czyli "Przygotowanie do lotów termicznych i żaglowych" (w moim przypadku skreślić "żaglowych"). Dogadałem się z chłopakami i instruktorem, że mogę wyrwać się z lotniska koło godziny 17, bo wtedy tylko tata będzie mógł mnie zabrać do domu. Później zostawałby mi autobus, na którego i tak bym nie zdążył. Akurat na moje szczęście (i nieszczęście innych) wyciągarka odmówiła posłuszeństwa na jakąś godzinkę, i wszyscy zabraliśmy się pod klub, tak więc spakowałem swoje rzeczy, wymeldowałem się z pokoju i czekałem.. aż po mnie przyjadą..
Teraz pozostają mi jedynie 2 loty instruktorskie na termikę. Każdy minimum po 60 minut i już będę mógł latać sam pod podstawami chmur!:)
Po paru godzinach snu nocy poprzedniej przyszedł nowy dzień. Dzień w którym myślałem polatać trochę więcej niż ostatnio. Latanie miało zacząć się od godziny 10-11, ponieważ nasz instruktor musiał na chwilkę gdzieś pojechać. Ja wstałem przed godziną 7:00, koło 8:00 przyjechał na lotnisko Kamil, a po nim Piotrek.. Gdy było już nas trochę więcej zaczęliśmy wyhangarowywać sprzęt i przygotowywać go do transportu. Na start w tym dniu szły dwa piraty, puchacz. Ja standardowo zabrałem się za puchacza.. Szybowce gotowe, ustawione za traktorem: Komenda Ruszamy!. Po dotarciu na "długi start" (z pasa 27) trzeba było wrócić się jeszcze raz po kolejne szybowce. Puchatka i coś jeszcze, nie pamiętam co. W czasie kiedy my wracaliśmy z drugim transportem na kwadracie zjawił się już instruktor. Tak, że mogliśmy zacząć już loty. Pierwszy na Piracie strzelał się Kamil (chciał On zrobić sobie przelot do srebrnej odznaki), ale bez skutecznie. Próbował chyba ze 3 razy i nic, Później Piotrek - też nie mógł się załapać. Ja jak zwykle leciałem w tym dniu prawie, że na końcu. Bo przed godziną 18 miałem swój pierwszy lot. Robiłem wtedy chyba lądowania z tylnym wiatrem. Jeden z instruktorem i jeden samodzielnie. W zasadzie zadania nie miałem aż tak trudnego, bo wiatr nie był zbyt silny. Ale był. Później wybór pola i manewry do lądowania w terenie przygodnym. Czyli omawianie tych wszystkich czynników, które klasyfikują pole do lądowania, bądź też omijania szerokim łukiem: przegląd pola, sposoby podejścia do lądowania, jakie pole najlepiej nadaje się do przyziemiania (ściernisko, jakies uprawy okopowe). Jednym słowem omawialiśmy wszystko to, co może mi się kiedyś przydać nie daj Boże na przelocie. W tym dniu wykonałem chyba 4 albo 5 lotów. Też bez rewelacji, ale zawsze do przodu. Prawdopodobnie polatał bym coś więcej, gdyby nie awarja wyciągarki. Było wtedy pewne, że naprawa jej zejdzie do zachodu słońca, czyli nie mamy co siedzieć, trzeba zwijać kwadrat i powoli transportować sprzęt do klubu. Po hangarowniu standardowo krótka odprawa. Później musięliśmy szybo skorzystać z łazienki, bo instruktorzy chcięli iść już spać, a była ona za głownymi drzwiami do ich pokojów. Jako, że zapasy jedzenia na ten dzień właśnie nam się pokończyły zapadła decyzja, że trzeba się wybrać do sklepu i zakupić co nie co. Nie minęła nawet godzina i byliśmy spowrotem. W tym dniu do mojego pokoju dołączyło dwóch ludzi z Rzeszowa. Latali oni w tej nowej podstawówce.
Gdybym miał oceniać Wtorek w skali od 1 do 10 (pod względem latania i postępu w szkoleniu) dałbym maksymalnie 6. Trochę jest to męczące i zniechęcające jak z samego rana wyciągnie się sprzęt, wymyje na błys, przygotowuje go staranie do lotów a i tak będzie mogło się lecieć jako ostatni. Wtedy gdy już niewiele można zrobić... Powiem jednak, że środa była lepsza - ale o tym w następnej notce!.
Pozdrawiam!.
skomentuj (0)
Wcześniej o tym nie dawałem znać, ale miałem w planach, żeby zorganizować sobie wyjazd na lotnisko tak na 3 dni zaczynając od poniedziałku (27 lipca). Stwierdziłem, że więcej jest problemów z tymi dojazdami autobusowymi niż pożytku, więc zacząłem dowiadywać się, co do noclegu w klubie. Aeroklub dysponuje obecnie niewielkim, niebieskim "barakiem", który stoi zaraz obok hangaru (na wprost klubu). W zasadzie określenie "barak" to moim zdaniem lekka obraza dla tego budynku, bo panują w nim naprawdę dobre warunki na przekimanie się parę dni. W tym dniu, (czyli poniedziałku) nie miał mnie kto zawieźć do Mielca z mojej miejscowości. Jedyna opcja, jaka mi zostawała to autobus, ale tutaj znowu był problem z dotarciem na lotnisko, bo przystanek jest położony od niego z dobrych 5 km. A na piechotę z pełnym plecakiem turystycznym średnio mi się to uśmiechało. Ale okazało się, że Tomek Lubera może mnie zgarnąć, jak dojdę do jego domu i stamtąd pojedziemy do klubu. Tak też się stało. Na miejscu widząc, że szybowce są już na starcie od razu pojechaliśmy okrężną drogą na teren ZUA, żeby przedostać się na nasz kwadrat. Tam zastaliśmy nową podstawówkę i paru starych członków Aeroklubu. (Tomka, Piotrka i Kamila). Wszyscy byli dziwnie uradowani, chociaż nie wiem, dlaczego jak każdy siedział na ziemi zamiast latać;).
Chwilę później zjawił się trzeci Tomasz. Na starcie z szybowców był tylko Bocian i Puchatek. Czyli ani ja, ani oni polatać nie mogli. Więc po paru telefonach zapadła decyzja, że pojedziemy jeszcze po dwa Piraty. Nie była to dla mnie dobra wiadomość, bo zanosiło się na to, że znowu nie wylaszuję sobie tego Puchacza i co gorsza nie ruszę dalej ze szkoleniem. Dzień w plecy. No, ale nic, przełknąłem to jakoś i ruszyliśmy w stronę klubu. Na początek zakwaterowałem się w pokoju, w którym miałem spędzić te dwie noce.
Później w zasadzie parę minut po tym jak dojechaliśmy na miejsce dostałem telefon z poleceniem wypchania, umycia i przygotowania do lotów szybowca Puchacz. Humor poprawił mi się momentalnie, bo już wiedziałem, że będę latał. Nie czekając ani chwili zabrałem się do pracy. Udało mi się też złapać Szefa Technicznego i zdać tego puchacza z wpisem do ksiązki ucznia - pilota szybowcowego. Gdy już wszystko było gotowe - zaczęliśmy transportować szybowce na start. Tego dnia warunki do latania na termice pojawiały się dopiero koło godziny 14-15. Dwa Piraty strzelały się na przemian cały czas (każdy po trzy strzały, a było na nie 3 osoby). Załapał się tylko jeden. Ten, w którym leciał trzeci Tomasz (Łazorko). Zaczepił się i polatał nie mało;). Miałem nadzieję, że polecę sobie chwile po tym jak wystartują Piraty, ale na nadziei się skończyło, bo przecież musi zostać przy radiu instruktor nadzorujący. Więc na razie latanie miałem z głowy. Pierwszy swój wylot miałem bodajże o godzinie 19:50. Czyli dosłownie już pod koniec dnia lotnego. Poleciałem raz , potem drugi, trzeci, a na końcu instruktor spiął mi z tyłu pasy, udzielił paru wskazówek i zamknął kabinę. Miałem wtedy polecieć sam, żeby dokończyć laszowanie:). Pierwszy samodzielny start, w miarę przyzwoity, choć trzepnąłem ze dwa razy płozą o ziemię. Wynikało to po prostu z braku doświadczenia w lotach solo na tym szybowcu. Późniejsze fazy lotu wykonałem poprawnie. Przy lądowaniu natomiast starałem się przyziemić na dwa punkty, co było błędem, bo instrukcja użytkowania w locie Puchacza mówi, że lądowanie powinno wykonywać się na kółko główne, a dopiero potem można dociągnąć drążka do siebie, żeby przykleić płozę. W drugim locie juz mi to wyszło;). To był mój ostatni lot tego dnia, słońce było już blisko horyzontu, trzeba było się zwijać ze startem. Idąc tak przy skrzydle z Puchaczem, myślałem o następnym dniu i o tych zadaniach, jakie mnie czekają w powietrzu. Po zahangarowaniu całego sprzętu poszliśmy wszyscy na odprawę, która zakończyła się z godnie z lotniczą tradycją oklaskami na pośladki pilota, który zrobił nowy typ szybowca. Czyli mnie;). Po tym przedstawieniu miałem zamiar kogoś poprosić, żeby podrzucił mnie do tesco po coś do jedzenia. Bo zapasy miałem tylko na ten dzień. Udało mi się, bo instruktor, z którym latałem jechał dokładnie w to samo miejsce, co ja chciałem;) więc zabrałem się z Nim.
Po kolacji i lekkim odświeżeniu się nadszedł czas na sen, żeby jutro wstać z samego rana i zacząć działać. Ale o tym... już w następnej notce (raczej pojawi się jutro, bo dzisiaj nie dam rady;)).
Pozdrawiam!.
skomentuj (0)
Byłem we wtorek na lotnisku.. Chciałem wylaszować sobie Puchacza, ale niestety ten plan mi się nie udał. Siedziałem cały dzień na kwadracie i nie poleciałem ani razu. W szybownictwie bywa i tak.. trzeba się z tym liczyć.
Za to dziś mogę Wam przedstawić finalną wersję filmu pt. "Dzień z życia Aeroklubu Mieleckiego". Już raz go umieszczałem w sieci, ale były z nim problemy i musiałem zrobić to jeszcze raz. Tak więc od dziś jest do oglądania.
Pozdrawiam!.
Tak jak zapowiadałem, wczoraj (w sobotę) udało mi się trochę polatać. Zbiórka na lotnisku miała być o 8:00. Chyba pierwszy raz nie przyjechałem na czas, bo gdy już dotarłem przed hangar - szybowce były wyciągnięte i powoli przygotowywane do transportu. Żeby zrekompensować moje spóźnienie od razu wziąłem się za lekkie przemycie skrzydeł i usterzenia. Tego dnia na start wychodził już chyba naprawdę cały sprzęt lotny, bo ludzi też było sporo. Patrząc na rękaw zawieszony na dachu hangaru można było stwierdzić, że wiatr dzisiaj nam nie będzie pomagał, wręcz nawet przeszkadzał, bo był dosłownie całkowicie boczny, wcale nie mały (z południa) a nasz pas startowy jest na kierunku wschód - zachód. Po przyjściu na pole wzlotów zaczęliśmy, jak co raz rozkładać znaki startowe, ustawiać te szybowce, które mają lecieć pierwsze - już na pasie startowym. (tj. Puchacz i Bocian). Dwie muszki i Piraty poszły na razie na bok. Później przyszła pora na dokładne przeanalizowanie pogody na ten dzień. Z prognozy wynikało, że do godziny 15 będą średnie warunki na loty termiczne, a później ma nadejść front atmosferyczny z zachodu. Pamiętam, na start przyszliśmy coś koło godziny 10:00. My (tzn. uczniowie - piloci) musieliśmy na razie czekać, bo nie było jeszcze instruktora (miał dojechać chwilę po nas). Ale mimo to ja i tak poleciałem :D. Oczywiście nie sam tylko z Panem Heńkiem. On chciał rozeznać się w warunkach, co było dla mnie dobrą okazją do nakręcenia paru scen w powietrzu do mojego filmu. (oczywiście z tylnego siedzenia). Zaraz po wyczepieniu wariometr niechętnie podnosił swoją wskazówkę ponad zero skali, ale jednak nie udało się nic wykorzystać. Myślę, że było jeszcze za wcześnie, żeby zabrać się z tej wysokości (mieliśmy około 300 metrów). Po moim wylądowaniu przyjechał Pan Stefan Danecki. Czyli to był znak, że zaczniemy loty szkolne. Nie pamiętam jaka była wtedy kolejność startów ale wiem, że długo na swoją kolej nie musiałem czekać. Założyłem spadochron, podciągnąłem wszystkie klamry, paski i co niezbędne, zająłem dogodną pozycję w szybowcu, oczywiście instruktor też wsiadł;). Później ręka w górę, komenda jedna, druga i już jesteśmy w powietrzu. Na początku wspominałem, że wiał silny boczny wiatr. Co stawiało nas przed musem startu z lekkim prawym zwisem, żeby lecieć w osi pasa. Po odczepieniu spojrzenie na wysokościomierz. 280 metrów. Kiepsko, mięliśmy wtedy poćwiczyć esowanie.. No, ale.. Instruktor próbował się coś zaczepić, niestety nic z tego nie wyszło. Później (po dłuższym czasie) znowu mięliśmy wykonać krótki lot. Jak się potem okazało, nie był on taki krótki:). Na początku wszystko tak jak zawsze, sprawdzone, zabezpieczone, start wyczepienie. I po tym wyczepieniu właśnie wskazówka wariometru nie chciała wcale opadać poniżej 1.5 m/s. Zaczekaliśmy chwilkę po czym instruktor zaczął wykonywać zakręt w lewo. Czas mijał, już coraz bardziej zbliżaliśmy się do wykonania tego zakrętu o 360 stopni a wskazówka nadal wisiała na tych 1.5m/s jak przyklejona. Wynikało z tego, że zaraz po wyczepieniu wpadliśmy prosto w komin. Chwilę później mieliśmy już blisko 600 metrów. Mimo woli wiatr znosił nas coraz bardziej na południe, więc trzeba było robić przeskoki w stronę lotniska (pod wiatr), żeby pozostawać w bezpiecznym rejonie lotów. Ale potem, co chmurka to noszenie, więc problemów wielkich nie było;). Znowu miałem okazję trochę sam powalczyć z kominami. W okolicy ZUA wykręciliśmy podstawę chmur (1500 metrów). Wyżej już nie mogliśmy, więc skierowaliśmy się dalej na wschód. Lecąc nad lasem zobaczyłem coś jakby migoczącego pod dosyć sporą chmurką, okazało się, że był to jeden z naszych Piratów (78) a w nim Tomek Lubera. Był on troszkę wyżej od nas, jakieś 20 metrów. Po podleceniu bliżej instruktor kazał mi zgłosić widoczność Pirata przez radio, żeby ten (gdyby nas nie zauważył) wiedział, że jesteśmy blisko. Tomek potwierdził "z widocznością" i potem krążyliśmy razem przez krótką chwilę. Coś pięknego takie loty w grupie:) robią wrażenie jak widać drugiego człowieka w szybowcu parędziesiąt metrów od nas zaraz pod podstawą chmury.
W tytule tej notki napisałem "Upalna sobota". Słowo "upalna" nie jest tutaj przypadkowo, ponieważ wczoraj było dosłownie jak w piekle. Życie tam na ziemi ratował nam tylko wiatr, no i nowy wynalazek - spadochron służący jako generator cienia;). A w powietrzu - klimatyzacja zamontowana w szybowcach w postaci wywietrznika przedniego i okienka w osłonie kabiny. Lecąc pod gołym niebem można było odczuwać tą wysoką temperaturę. Nawet te podmuchy wiatru z otworów w szybowcu nie dawały radę. Ale łatając pod tą chmurą (razem z Tomkiem) byliśmy odcięci od słońca i przez tą krótką chwilę zdążyło mi się zrobić po prostu zimno, żeby potem wlecieć w gorące powietrze nagrzane od słońca. Po tym "spotkaniu" instruktor zadecydował, że skierujemy się już do lotniska, w celu poćwiczenia esowania. Chwilę później znowu na horyzoncie zobaczyliśmy Tomka, ale tym razem On przyleciał do nas. Po paru chwilach zobaczyłem, że próbuje on krążyć blisko nas, myśląc pewnie, że centrujemy jakiś komin, a w rzeczywistości w tym miejscu był -1 m/s :D. my po prostu zbijaliśmy wysokość przez esowanie :D. Ale zgłosiłem mu to zaraz przez radio, żeby nie musiał się mordować, bo chciał jeszcze chwilę polatać. Po wylądowaniu podszedłem ze spadochronem pod kwadrat, popatrzyłem na chronometraż - czas lotu: 54 minuty. To trochę powisieliśmy. W zasadzie pierwszy raz leciałem tak długo:).
Tego dnia naprawdę działo się tyle, że ciężko było wszystko zapamiętać Były i kosiaki, wiarjackie lądowania:D, były akrobację.. Jednym słowem dzień pełen wrażeń. Po tym jak zrobiliśmy te 54 minuty (gdzieś godzinę, czy dwie później) miałem zrobić swój pierwszy lot samodzielny na esowanie. Liczyłem na dobrą wysokość przy wyczepieniu, żeby było kiedy zrobić przynajmniej te 2 zakręty "ósemki". Ale nie dość, że podczas wyczepienia byłem nisko (poniżej 300 metrów) to jeszcze odleciałem z wiatrem kawałek od lotniska, i w efekcie później na czwartym boku straciłem sporo wysokości lecąc pod wiatr i musiałem zrezygnować z esowania, żeby bezpiecznie wylądować. Jeszcze to nie dość stresów. Na prostej do lądowania stwierdziłem, że na naszym pasie nie na po prostu miejsca na bezpieczne lądowanie, bo stały skrzydło w skrzydło 2 szybowce na progu pasa. Więc zgłosiłem przez radio: - Bocian 40 prosta, ląduje na pasie awaryjnym. A później to już nie było problemu;).
W planie dnia było jeszcze wykonanie lotów za samolotem. Ale tego niestety nie udało się zrealizować, ponieważ nasz aeroklubowy Gawron odmówił posłuszeństwa i nie chciał odpalić na kwadracie. Jak na ironię zabrakło mu powietrza :|
Loty tego dnia zakończyliśmy coś koło godziny 18 a już dwiepóźniej było po całej zabawie;) łącznie z hangarowaniem, które przeszło bardzo sprawnie, ponieważ miejsca w hangarze teraz nam nie brakuje. Wszystkie, Cessny jakie były z Royal Star Aero zostały przetransportowane na drugą stronę lotniska i tam zahangarowane. Dlatego teraz szybowce mogą stać praktycznie jak chca;)...
P.S. [I]. Swoje następne loty przewiduję w tym tygodniu. Od jutra (tj. poniedziałku) rusza w mielcu nowa podstawówka. Ci, którzy chcą jeszcze wziąć udział w szkoleniu mogą zgłaszać się do Aeroklubu!. Ja ze swojej strony gorąco zapraszam!.
P.S. [II]. Mój film jest już prawie gotowy. Wystarczy tylko jeszcze parę zabiegów kosmetyczny i będę mógł umieścić go w sieci. Link do filmu oczywiście będzie zamieszczony na tym blogu;)
Pozdrawiam!.
Witam!.
Jutro z samego rana wyruszam na lotnisko dalej walczyć z esowaniem, lądowaniem z tylnym wiatrem, celnością lądowania itp itd., żeby w końcu moć zasiąść za sterami do lotu samodzielnego na termikę!:). Tak więc wpisu należy spodziewać się gdzieś w sobote wieczorem. Albo niedzielnym porankiem;)
Pozdrawiam!.
skomentuj (0)
07.06.2009 - To jest data moje ostatniego lotu. W zasadzie
to była, bo wczoraj tj. 04.07.2009 udało mi się polatać.
Zbiórka na lotnisku zapowiedziana była na godzinę 8:00. Standardowo wybrałem
się tam z Kubą. Byliśmy na miejscu dokładnie za 5 ósma i zgadnijcie co się
okazało.. nie było nikogo :D, ale w zasadzie po paru minutach wszyscy zjawili
się "hurtem" i mogliśmy już zacząć działać. Ja zabrałem się za
wypisywanie spadochronów. Miałem wsiąść wszystkie te, które były sprawne,
ponieważ ludzi do latania miało być dziś sporo, później akumulatory. Na start w
tym dniu wychodziły prawie wszystkie lotne szybowce: dwa Piraty, Puchacz,
Jantar, Bocian. Oczywiście na raz tego wszystkiego dnia da rady zabrać :D
dlatego zapadła decyzja, że zrobimy to na dwie tury.
Dla poprawy doskonałości, i zmniejszenia oporu wywołanego zanieczyszczeniami na
skrzydłach i kadłubie powstającymi na wskutek przylepiania się różnego typu i
różnej wielkości owadów - szybowce wymagały przejścia przez operację "pucu
pucu";p, czyli po prostu dobrą kąpiel. I po nie krótkim zabiegu patyki
były już w "polu" przed aeroklubem. Wyciągarka ruszyła na swoje
miejsce, ciągnikiem podjechał Tomek, zaczepiliśmy i ruszyliśmy w stronę startu.
Po dojechaniu na start (pas 27) nie czekając ani chwili ruszyliśmy po resztę
patyków. W zasadzie po dwa: Jantara i Pirata. Spod zakładu ZUA przykołowała do
nas niebiesko-biała Wilga (SP-ZOO). Pewien pilot chciał zrobić sobie
uprawnienia do holowania szybowców, co dobrze się składało, bo paru naszych
pilotów miało zamiar wznowić się w tym rodzaju startu. W czasie, kiedy odbywały
się starty za samolotem my nie mogliśmy jeszcze latać, ponieważ instruktor był
w Wildze z drugim pilotem. Coś około godziny 15 zaczęliśmy nasze loty. Pierwszy
miałem lecieć ja;).
Free flight :) bez żadnego zadania. Tak dla sprawdzenia warunków.
Moim celem na dziś było dokończenie wznowienia (w sumie to
wznowienie się jeszcze raz po takiej przerwie) i przynajmniej rozpoczęcie tego
zadania A4. Pierwsze loty przebiegały zgodnie z planem. Start - lot po kręgu -
lądowanie. (O dziwo wychodziło mi całkiem dobre w wyznaczonym do tego
miejscu;)). Zaskoczenie natomiast dopadło mnie w moim drugim locie samodzielnym
tego dnia. W ogóle wczoraj coś te starty wyciągarkowe nam średnio wychodziły.
Co chwile zrywała się lina, jak nie północna, to południowa i tak na przemian.
Wracając do tego mojego zaskoczenia - Tak jak na początku usadowiłem się w szybowcu,
posprawdzałem, wszytsko co się w nim rusza: trymer, hamulce, drążek, ster
kierunku, wyzerowałem wysokościomierz, uruchomiłem sobie klimę ;p, na koniec
zapiąłem pasy i zamknąłem kabinę. Po podczepieniu ręka w górę - (wypuszczał
mnie kwadrat). Lina naprężona - start. Łagodne wznoszenie a potem przejście w
strome.. Po paru sekundach zaczynam odczuwać takie nagłe wzrosty prędkości a
potem gwałtowne spadki. Takie jakby szarpanie.. Wiedziałem wtedy już, że coś tu
się zaczyna. Później prędkość nagle spadła poniżej 80 km/h, a więc ja
odruchowo oddałem troszkę drążka, żeby nie narobić sobie bałaganu utratą siły
nośnej na skrzydłach. Zaraz po moim oddaniu prędkość wzrosła powyżej 100 km/h a więc zacząłem
powoli dobierać, i w dosyć stromym końce usłyszałem głośne !TRACH!. Później to
już odruchowo szybkie oddanie drążka w celu zabezpieczenia prędkości i trzy
pociągnięcia za wyczep. Okazało się, że lina się zerwała, spoglądam na
wysokościomierz - około 90
metrów.. Myślę sobie: Cholera, taką sytuacje miałem
tylko z instruktorem, no ale cóż, trzeba się jakoś ratować. Wiedziałem, że jeżeli przerwanie ciągu nastąpi na około 100 metrach należy
kontynuować chwilę lot po prostej a potem wykonać zakręt o 180 stopni i lądować
z wiatrem. A więc tak zacząłem robić. Na początku odszedłem troszkę na prawo,
bo bałem się, że wlecę na pas betonowy. Za wyciągarką zrobiłem zakręt,
otworzyłem hamulce i zacząłem wykonywać podejście do lądowania. Wtedy już
strach mnie opuścił, bo byłem pewien, że wyląduje cały. Hamulce 1/3, prędkość 95 km/h i do lądowania.
Przyziemienie łagodne - bezstersowe, bo wiedziałem, że się zmieszczę;). Dobieg
zakończył się na wysokości znaków startowych. Prawie idealnie. To była moja
pierwsza taka sytuacja, że musiałem lądować awaryjnie;). W zasadzie, to dobrze
jest mieć takie doświadczenie za sobą.
W trakcie tego dnia, co chwilę nawiedzały nas przelotne opady deszczu. Było to
w gruncie rzeczy dobre zjawisko, bo było tak gorąco, że aż nie możliwie. W
największy deszcz lądował Pan Henryk, po zatrzymaniu nawet nie myślał o wyjściu
z szybowca :D, przeczekał najgorsze warunki w środku. Ja z Tomkiem Luberą
wskoczyliśmy do Wilgi, która stała na kwadracie, tak, że też nie zmokliśmy za
bardzo, czego nie można było powiedzieć o Kacprze ;p
Późnie tak na prawdę nie działo się nic ciekawego. Kuba
dokończył swoje wznowienie i też zaczął kolejne zadanie. Ze startu musieliśmy zwinąć
się o godzinie 20. Szkoda, bo zachód słońca był tego dnia w okolicy 20:55. To
prawie godzina latania. O dziwo w drugą stronę wszystkie szybowce zostały
przetransportowane za jednym razem. Nawet wyciągarka brała w tym udział ;P. Po
drodze towarzyszył nam Pan na para lotni. Po dojechaniu na miejsce zaczęło się
hangarowanie. Ja w tym czasie wziąłem się za lekkie przemycie szybowców. Tzn.,
wyczyszczenie ich na sucho, bo zaczęła już osiadać rosa. Później krótka
odprawa, papierkowe sprawy i odjazd do domu.
To był dzień pełen wrażeń. Niespodziewanych i zaskakujących, ale pozytywnych w
nauce latania szybowcem!;)
P.S. myślicie, czemu dodałem tylko jedno zdjęcie??. Bo zdjęć więcej z tego dnia
nie będzie :D. Szykuję coś znacznie lepszego od "pokazu slajdów". Lecz
"to coś" wymaga jeszcze obróbki i dodatkowego materiału, który zdobędę
po następnym dniu lotnym (myślę, że już w tym tygodniu) tak więc czekajcie
cierpliwie a póki co zapraszam do komentowania;)
Pozdrawiam!.
Wiatr dla szybowników może być raz przyjacielem, a raz
wrogiem. Przez ostatnie dwa dni zdecydowanie przybrał postać wroga. Z prognoz
można było odczytywać prędkości w granicach 6-8 m/s niemal przez cały dzień.
Uspokajało się dopiero koło godziny 20:00. Wczoraj tj. w piątek (12.06.2008) Miały
być loty w AM. Na początku planowałem, że wybiorę się tam autobusem z dworca w
Kolbuszowej o godzinie 8:55, ale okazało się, że nie będę miał jak dotrzeć z
dworca do klubu. I w końcu wyszło tak, że do Mielca zawiózł mnie mój tata, a
spod sklepu Orzech pojechałem z Tomkiem na miejsce. Niebo wyglądało dosyć
ładnie, rozwijały się duże cumulusy, ale tym, co nas uziemiało
był wiatr.


Wstając rano miałem nadzieje, że chociaż dzisiaj sobie chwilę polatam, ale jak
popatrzyłem za okno, szczerze zwątpiłem. Prognoza też nie zapowiada się za ciekawa,
więc się nawet nie nastawiam. W następny piątek mam zakończenie roku szkolnego
a potem wakacje;), Tak, więc wtedy zacznie się na dobre moje dalsze szkolenie!.
P.S. Moja galeria ciągle się rozrasta!, ostatnio dodane, to klilka zdjęć z wczorajszego wyścigu na serwerze "Aeroklub Słupski" :)
Pozdrawiam!.
skomentuj (0)
W zasadzie, to nie myślałem o tym, że uda mi się jeszcze polecieć przed wakacjami, ale widać - bardzo się myliłem. W sobotę (dzień przed) gdzieś w okolicach południa Tomek Lubera napisał mi, że jutro planują coś polatać. Oczywiście, jeżeli pogoda na to pozwoli, bo z prognoz nie zapowiadała się na "przyjazną" szybownikom. Ale mimo wszystko zadeklarowałem się, że coś wymyśle i postaram się być. Pierwsze co, to telefon do Kuby, ale już na wstępie dowiedziałem się, że nie pojedzie, bo ma teraz sesje na studiach i nie ma po prostu czasu na latanie.. No coż.. rzecz zrozumiała, aczkolwiek szkoda, bo moje szanse coraz bardziej malały. Po dłuższych rozmowach rozwiązanie się znalazło. Miał mnie zawieźć mój brat koło 7:30, bo godzinę później musiał być na uczelni. Następnego dnia pobudka o 6:30 (normalnie, o tej porze przekręcam się na drugi bok, ale cóż, trzeba było wstać. Chwilę później byliśmy w drodze do Mielca. Najbardziej obawiałem się tego, że gdy dojedziemy na miejsce to wyjdzie na to, że jednak dzisiaj nie będzie latania. W sumie nie zdziwił bym się bardzo bo pogoda naprawdę NIE dopisywała. Zapowiadał się dosyć silny wiatr. W granicach 6-9 m/s Co prawda w osi pasa, ale jednak. Na szybowce to troszkę dużo, a szczególnie na loty "uczniowskie" - tym bardziej. 7:57 jesteśmy na miejscu. Tomek zapytał mnie, czy na pewno ma już jechać, bo jak by nie latali to byłby potem problem z powrotem. Powiedziałem mu, że tak, niech jedzie, jakby co to dam rady. Podszedłem bliżej hangaru - hangar zamknięty, patrze na klub - też zamknięty, czyli znowu jestem pierwszy. Usiadłem przed wrotami budynku, w którym trzyma się "patyki" w nadziei, że ktoś się zaraz zjawi.
Pierwszy zjawił się
mechanik samolotowy (niestety nie wiem, jak się ten Pan nazywał). Widząc, że
otwiera On hangar, zapytałem czy by mu nie pomoc z wypychaniem samolotów
Royala. Mówił, że da rade, ale i tak mu pomogłem. Chwilę później
przyjechał pan Heniek z Tomkiem Luberą, a jakieś 10 min później - Dyrektor
Aeroklubu. W między czasie korzystając z tego, że w ten dzień była Pani
Sekretarka - poszedłem zapłacić za loty, które odbyłem w kwietniu. Po
wyregulowaniu wszystkich należności przyszedł czas na część główna całego tego
mojego wyjazdu - przygotowanie do lotów. Pierwsze co, trzeba było wypchać z
hangaru 2 szybowce. Bociana i Pirata. To poszło gładko, potem spadki i
akumulatory. W tym czasie było nas w zasadzie tylko 4 osoby, trochę mało, ale
jakoś daliśmy rady z transportem. Ustawiliśmy szybowce do startu na kierunku
09. Bocian poszedł nieco na bok, bo na razie nie miał nim kto latać. Tzn. Ja
bylem, mógłbym lecieć, ale nie było instruktora. Gdybym miał licencję, to co
innego, ale jeszcze nie mam.. Jeszce.. Potem od razu poszliśmy rozkładać start:
rękaw, znaki - z tymi drugimi był troszkę większy problem, bo wiatr był tak silny,
że wyrywało je z ręki. Ze strzały robił się dosłownie spadochron, ciężko było
ją utrzymać. Ja z Kacprem byliśmy, że tak powiem uziemieni. Obaj mamy póki co
status ucznia - pilota. I jak mówiłem wcześniej - nie możemy wykonywać lotów
bez nadzoru instruktora.
Ale mógł za to lecieć pan Heniek - bo posiada On
licencję - i z tego przywileju skorzystał, lecz długo nie polatał, bo termika
była wtedy bardzo kiepska, z resztą było jeszcze dosyć wcześnie.
Gdy przyjechał
instruktor (Pan Stefan Danecki) przyszła kolej na mnie. Z programu szkolenia
wyczytałem, że do końca wznowienia muszę zrobić w sumie jeszcze 3 loty. Więc
takie było założenie. Szybkie przypomnienie (prędkości, wysokości itp) i do
szybowca. Założyłem spadochron, usadowiłem się wygodnie, poustawiałem wszystko
jak należy, a potem to tak jak zawsze. Wyciągarka naprężaj, naprężona start. Z
kabiny wydawało mi się, jakby szybowiec startował dosłownie z miejsca - to
przez ten silny wiatr, który wiał dokładnie przeciwnie co do naszego kierunku
startu. Pierwsza faza wznoszenia przebiegała prawidłowo, natomiast potem zaczął
się pokaz. Prędkość wzrastała cały czas, mimo tego, że ściągałem drążka ile
miałem sił, już bardziej nie moglem a leciałem coraz szybciej. I tak do 120 km/h. To o 5 za dużo
niż można na tym szybowcu.. Patrzę na wysokościomierz - 450 metrów - wysokość
ładna. Wyczepienie, ustabilizowanie prędkości i zakręt w prawo. Miejscami
instruktor próbował "zaczepić" się w jakimś kominie, ale było
naprawdę słabo. Pierwszy raz latałem z tak dużym wiatrem. Przy starcie fajnie -
bo wysoko, ale podejście do lądowania trochę mnie zadziwiło. Mimo dużej
wysokości musieliśmy się trzymać naprawdę blisko lotniska, żebyśmy nie
zakończyli tego lotu gdzieś w krzakach. Końcówkę podejścia wykonywaliśmy przy
prędkości blisko 115 km/h.
Wszystko po to, żeby po prostu dolecieć. Gdy pomagał instruktor, było ok. Ale
już w drugim i trzecim locie ( jak leciałem sam) wyglądało to mniej ciekawie.
Ale jak powiedział Pan Danecki - "całe życie nie można latać w
masełku"
Reszta dnia przebiegała bez większych zdarzeń. Oprócz jednego. Kolo godziny 13
życie stracił pewien gołąb, który był na przelocie. pech jego
chciał, że akurat w momencie, kiedy szybowiec zaczął się wznosić (przy starcie)
- wpadł prosto na rozpędzoną linę. Efekt nie mógł być inny jak śmierć na
miejscu.. Gdyby nadleciał tam dosłownie 2 sekundy później, albo wcześniej, nic
by się nie stało. A tak.. nawet nie wiedział z której strony dostał. Szkoda, bo
był to gołąb "zaobrączkowany". Po numerach, jakie miał na nich wybite
Pan Heniek doszedł do jego właściciela, żeby go o tym incydencie poinformować.
Okazało się, że leciał własnie z okolic Wrocławia do Świerczowa (miejscowości
położonej zaraz za Kolbuszową). Do domu miał już tak blisko, a nie doleciał...
Po tych trzech lotach miałem wykonać jedne samodzielny. Cieszyłem się chociaż z
drugiej strony nie bylem do końca pewien czy dam rade polecieć. Po długiej
przerwie, w takich warunkach... pierwszy samodzielny - to chyba nie będzie
dobry pomysł. Ale instruktor powiedział, że jak wiatr się trochę uspokoi, to
polecę. Niestety nie uspokoił się, a wręcz przeciwnie. Nasilał się coraz
bardziej i w końcu zapadła decyzja, że dzisiaj nie ma już sensu siedzieć na
kwadracie, jak i tak nikt nic nie polatał. Więc zaczęliśmy zwijać "zabawę".
W czasie kiedy szliśmy z szybowcami do klubu dałem znać Tomkowi (mojemu bratu),
że już kończymy, i jak ma jak, to może już wyjeżdżać (umowa była taka, że mnie
zawiezie i przywiezie. Chwilę później przyjechał z siostrą. Korzystając z tego,
że wszystkie szybowce były na zewnątrz pokazałem im patyka na którym stawiam
swoje pierwsze kroki w szybownictwie.
Oczywiście pooglądali też inne szybowce.
Po pożegnaniu się z wszystkimi ruszyliśmy do domu. Było nieco po 15, a czułem się jakby był
środek nocy. Teraz siedząc i pisząc czuje, że chyba nie dojdę do swojego
pokoju, żeby się położyć. Ale jakoś muszę to zrobić.
Kiedy będę następnym razem latał? - prawdopodobnie w piątek. Ogólnie cały
weekend będzie "lotny" ale ja zamierzam przyjechać tylko w piątek.
Już wiem, że Kuba nie pojedzie - sesja. Będę musiał radzić sobie sam. Pewnie
pojadę w pierwszą stronę autobusem, a potem ktoś mnie tam zgarnie. A z powrotem
nie wiem.. może po mnie przyjadą. Tak czy siak będę musiał coś wykombinować.
Tak, że następny wpis (o ile nic się nie zmieni) będzie koło soboty. Albo nawet
na gorąco w piątek wieczorem
Pozdrawiam!.